piątek, 22 stycznia 2016

Rozdział 3 ~„ Już wiem co go tak wzięło.”




Nie mogę w to uwierzyć. Dlaczego w moim życiu musi być ktoś taki jak Leon. Staram się, próbuję żyć jak normalny człowiek, a on pojawia się tam gdzie nie ma dla niego miejsca i przypomina mi to kim jestem.
Żyję już 154 lata, a on większą część z tego zniszczył. Jak to jest możliwe, że mimo, iż nie robi nic złego tak bardzo boję się tego, że Violetta może go pokochać.
Wróciłem tu do Los Angeles po 40 latach tylko po to, żeby ją poznać bliżej. Od dnia wypadku nie mogę przestać o niej myśleć. Ciągle mam jej twarz przed oczami. Jest niczym anioł. Chcę być z nią, pragnę jej szczęścia, chcę aby była szczęśliwa ze mną, ona jest dla mnie furtką do prawdziwego ludzkiego życia. Gdybym miał ją niczego w życiu by mi nie brakowało.
Jestem półtorawiekowym wampirem i przez te lata nie mogłem być szczęśliwy, ponieważ mój brat niszczył mi życie. Zaczęło się to od chwili kiedy byliśmy jeszcze ludźmi. Pewna dziewczyna omotała nas, obaj się w niej zakochaliśmy. Przemieniła nas w te nadnaturalne istoty, a później zostawiła nas. Upozorowała swoją śmierć. Leon zakochał się  w niej bardziej niż się da, ona jednak kilka dni przed swoją ucieczką wyznała mu, że zakochała się we mnie. Mój brat był dla niej tyko zabawką. Leon znienawidził mnie za to. Jesteśmy braćmi, chociaż nie jest z nami idealnie, zawsze pomagamy sobie, a jeden za drugiego jest w stanie oddać swoje życie.
Rano jak zwykle wstałem, wziąłem prysznic, a kiedy szykowałem się na dzisiejsze zajęcia do mojego pokoju wszedł mój starszy brat.
-Siemka Jay.– Rzucił zadowolony.
-Czego chcesz? – Zapytałem go od razu.
-Czy ja zawsze muszę czegoś chcieć? – Posłał mi ten swój irytujący uśmieszek.
-Kiedy wchodzisz do mojego pokoju o tej godzinie to jasne, że robisz to po coś. Zwykle o tej porze masz jeszcze panienkę, którą żywisz się, następnie uzdrawiasz i odsyłasz do jej dawnego życia. – Mówię teatralnie, a na zakończenie wywracam oczami i patrzę na niego z obrzydzeniem.
-Dobra może i masz rację. – Westchnął z uśmiechem. – Chodzi mi o tą dziewczynę, z którą wczoraj byłeś. – Spojrzałem na niego pytająco, nie ukazując mojego zdenerwowania. Nie, nie, nie. Błagam odczep się od Violetty. – To ta, którą uratowałem z rzeki kilka miesięcy temu?
-Tak Leon, to dokładnie ta sama. Przypominam, że Ci pomogłem.– Do czego on zmierza? Irytuje mnie ten człowiek.
-Tak, tak. To mało istotne. – Rzucił. – Wróciłeś do tego miejsca dla niej, prawda?
-Co Ciebie to obchodzi Leon? – Odpowiedziałem mu pytaniem na pytanie. – Trzymaj się od niej z daleka, okey? Nie zbliżaj się do Violetty. – Powiedziałem.
-Uznam to za zachętę. – Uśmiechnął się. Aby nie walnąć go w tej jego irytujący pysk ubrałem się wampirzym tempem, wziąłem torbę i po chwili znalazłem się przed domem. Ciągle zastanawiałem się czego on od niej chce. Po co pytał o te rzeczy? Czy on da mi w końcu spokój?

*****

Połowa lekcji za mną, razem z moimi przyjaciółkami idziemy po lunch i wychodzimy na powietrze. Siadamy przy naszym stoliku jedząc wygrzewamy się na słońcu. Taka przerwa między lekcjami jest wspaniała. Kiedy siedzimy przychodzi do nas Jayden.
-Cześć dziewczyny. – Odzywa się. – Mogę się dosiąść?
-Jasne. – Odpowiadamy zgodnie. Chłopak usiadł miedzy mną i Fran.
-Jak mija dzień? – Pyta nas brunet.
-Dobrze, a Tobie? – Mówię.
-Też.
-Violetta mogłabyś mi dać sól? Nie wzięłam ze stołówki. – Odzywa się ciemnowłosa.
-Jasne. – Moja przyjaciółka wyciąga rękę i lekko trąca Jaydena, po czym wzdryga się tak, jakby przeszedł ją dreszcz. Chwyta szybko solniczkę i zabiera rękę.  O co chodzi?
-Dziękuję. – Mówi.

Ludmiła zwolniła się dzisiaj z dwóch lekcji, ponieważ miała wizytę u lekarza. Jej mama od małego wozi ją raz w miesiącu na wszelkie badania kontrolne. Wykorzystuję chwilę, kiedy razem z Francescą wracamy do domu i pytam ją co się stało dziś podczas lunch.
-Nie wiem o czym mówisz. – Patrzy przed siebie.
-Fran dlaczego coś przede mną ukrywasz? – Zawsze mówiłyśmy sobie wszystko, nie rozumiem dlaczego teraz się tak zachowuje.
-Naprawdę chcesz wiedzieć? – Pyta.
-Oczywiście.
-Dobrze. – Ciągnie mnie na ścieżkę w prawo, która prowadzi do parku. Kiedy tam docieramy siadamy razem na ławkę.
-Mów o co chodzi. – Ponaglam ją.
-Pamiętasz jak babcia mówiła mi ciągle, że nasza rodzina pochodzi z najsilniejszego rodu czarownic? – Przytaknęłam. Od dziecka mówiła nam o tym babcia Fran, Shanon, którą sama nazywałam babcią. Ale razem z włoszką zawsze myślałyśmy, że to tylko brednie. Często się z tego śmiałyśmy. – Chyba ma rację.
-Co? – Nie mogłam uwierzyć.
-Kiedy dotknęłam dzisiaj Jaydena poczułam śmierć. Przed oczami ukazał mi się dziwny znak, krew, kły, strach ludzi. – Mówiła cicho, jakby szeptem.
-Twierdzisz że jest… - Szukałam odpowiedniego słowa.
-Nie wiem czym jest, ale na pewno kimś nadnaturalnym. Boję się o Ciebie, Violu. – Wyznała.
-To jakieś szaleństwo. Porozmawiam z nim dzisiaj. Zobaczymy co mi powie. – Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę i zaraz ruszyłyśmy w dalszą drogę do domu.

Nie mogłam usiedzieć w domu, ciągle męczyła mnie ta sprawa z Jayem. Co jeśli Francesca ma rację. Nie mogę zostawić tak tego. Założyłam kurtkę i udałam się do domu Verdasów.
Ogromna posesja, wielki dom. Podeszłam do drzwi i niepewnie zadzwoniłam dzwonkiem. Nikt nie otwierał. Oparłam się lekko o drzwi, uchyliły się, więc weszłam do środka. Może to niegrzeczne, ale ciekawość wzięła górę. Szłam prosto do wielkiego salonu z kominkiem. Jejku jaki ten dom jest duży. Rozglądałam się dookoła z zaciekawieniem. Dom miał dość stare wnętrze, ale mimo to wszystko było naprawdę piękne. Usłyszałam kroki, obejrzałam się ale nikogo nie było. Stanęłam tak jak wcześniej, a przede mną znajdował się brat Jaydena.
-Przepraszam za wtargnięcie. Drzwi były otwarte. – Spojrzałam na nie, są zamknięte, to dziwne.
-Jesteś Violetta, ta z ogniska, koleżanka mojego brata. Jestem Leon, ale chyba powinnaś to pamiętać. Chodź, zapraszam. – Położył rękę na moich plecach zapraszając mnie w głąb salonu.
-Właściwie przyszłam do Jaydena. – Wyznałam.
-Domyśliłem się. Spokojnie, zaraz tu będzie. – Wydaje się być miły.
-Macie naprawdę piękny dom. – Powiedziałam rozglądając się po salonie. Spojrzał na mnie, po czym cudownie się uśmiechnął.
-Już wiem co go tak wzięło. – Wyznał. – Najwyższy czas, myślałem, że się nie podniesie po ostatniej. Że będzie już ciągle narzekającym bratem. Był zdruzgotany, długo nie mógł się pozbierać. – Mówił.
-Ostatniej? – Zdziwiłam się.
-Tak, dziewczynie, Sophie. – Dlaczego nic mi nie powiedział? – Ouu jeszcze nie poruszaliście tego tematu.
-Nie. – Rzuciłam krótko.
-Ups. – Zrobił zmieszaną minę. – Musiało w końcu wypłynąć. Może przemilczał, żebyś nie pomyślała, że szuka pocieszenia. Wiemy dobrze jak kończą się takie związki.– Próbował go usprawiedliwić ale przez te zdania mam w głowie jeszcze więcej pytań.
-Mówisz jakby wszystkie były skazane na niepowodzenie. – Rzuciłam bez zastanowienia.
-Jestem pesymistą. – Odparł. – Cześć Jayden. – Powiedział patrząc na mnie. Zdziwiona odwróciłam się i zobaczyłam za nami Jaya.
-Cześć, Violetta. – Spojrzał na brata. – Nie spodziewałem się tutaj Ciebie.
-Tak wiem, powinnam zadzwonić. A nie przychodzę tutaj bez żadnego uprzedzenia. – Zmieszałam się lekko.
-Nie wygłupiaj się, jesteś tu mile widziana. – Wtrącił się Leon, po czym uśmiechnął się do mnie. – Prawda? – Zwrócił się do brata. – Powinienem wyciągnąć rodzinne albumy. Albo filmy. – Mówił do mnie. – Ostrzegam, nie zawsze był takim ciachem. – Zaśmiał się, na co ja uśmiechnęłam się do niego.
-Dzięki, że wpadłaś Violu. – Odezwał się w końcu Jayden. Czy ja zrobiłam coś złego? – Miło Cię widzieć. – Zmieszałam się już całkiem. Nie widziałam go jeszcze takiego. Wydawało mi się, że rozzłościłam go przyjściem tu. Dlaczego?
-Amm, tak. Pójdę już. – Powiedziałam. – Miło było z Tobą porozmawiać. – Zwróciłam się do starszego brata. Podeszłam do chłopaka, do którego przyszłam porozmawiać.
-Jayden. – Nie zwrócił na mnie uwagi, ciągle patrzył na Leona. – Jayden. – Nie uzyskałam odpowiedzi. – Jayden. – Brawo, usłyszał. Przesunął się, a więc nasza rozmowa musi poczekać do jutra. Świetnie. Spojrzałam na niego i wyszłam z tego ogromnego domu nie odwracając się już.

*****

-Naprawdę jest świetna. – Powiedziałem do brata po chwili niezręcznej ciszy. – Za to ty wyglądasz okropnie, wiewiórkowa dieta Ci nie służy. – Zaśmiałem się lekko, może nie wyglądało ale szkoda było mi brata, mimo wszystko jesteśmy rodziną.
-Jak długo Violetta tu była? – Zignorował mnie.
-A co? Denerwujesz się tym? A może niepokoisz? Boisz się powtórki z przeszłości? Dlatego się bawisz w licealistę? – Postanowiłem się trochę podroczyć.
-W nic się nie bawię. – Mój braciszek się uniósł.
-Obaj wiemy, że będziesz najbliżej człowieka kiedy się nim… - Urwałem widząc złość w jego oczach.
-W co ty grasz Leon? – Zapytał.
-Może niedługo się dowiesz. – Uśmiechnąłem się do niego i ruszyłem na górę do swojego pokoju.

*****

Przez całą drogę do domu zastanawiałam się dlaczego potraktował mnie tak chłodno. Okey znam go krótko, ale myślałam że jest inny. Właściwie co ja sobie myślałam?  Że pójdę tam, wytłumaczy mi wszystko i będzie idealnie? Naiwna idiotka ze mnie.
Po powrocie do domu poszłam do kuchni, wlałam sobie soku i usiadłam przy stole.
-Ej co się stało? – Zapytała Angie wchodząc do kuchni.
-Daj spokój, chyba zarywa do mnie dlatego, że chce się pocieszyć po byłej dziewczynie. – Wyznałam.
-Nie przesadzasz? – Spojrzała na mnie.
-Angie nie wiem czy wchodzić w ten związek. – Załamałam się lekko.
-Znasz go kilka dni, daj mu trochę czasu, to uroczy chłopak. – Powiedziała.
-Tak masz rację. Zobaczymy jak to wszystko potoczy się dalej. – Zgodziłam się z nią. – Dziękuję Angie. – Przytuliłam ją, po czym odstawiłam już pustą szklankę do zmywarki i udałam się do łazienki gdzie wzięłam prysznic, po którym czułam się jakby to wszystko ze mnie spłynęło. Mimo, że czekała mnie jutro dość poważna rozmowa z Jaydenem. Wytarłam się, wysuszyłam włosy, założyłam piżamę  i poszłam do swojego pokoju. Od razu po przekroczeniu progu do mojego prywatnego królestwa usiadłam na łóżku i władowałam w sobie zwiększoną dawkę morfiny w żyłę. Dzięki temu przestałam zastanawiać się nad tymi wszystkimi pytaniami, które mnie męczyły. Wszystko poszło na drugi plan. Czułam wewnętrzny spokój, pustkę, położyłam się i chwilę później usnęłam.

___________________________________________________________
BAM xD
No i przed wami rozdział 3 :)
Nie przedłużając życzę wam miłej lektury :)


Andzi xx ;*

piątek, 8 stycznia 2016

Rozdział 2 ~ „Wypierasz to.”





'Drogi pamiętniku przeżyłam. Udało mi się. Powiedziałam że wszystko jest dobrze pewnie jakieś sto razy, ale przetrwałam. Kolejne dni będę już coraz łatwiejsze, przynajmniej mam taką nadzieję. Poznałam dzisiaj chłopaka, ma na imię Jayden, jest taki uroczy. Boję się tylko mu zaufać, mamo gdybyś tu była wszystko byłoby inaczej. Ja byłabym inna. Wszystko byłoby inne.'
Zamknęłam zeszyt ze łzami w oczach. Tak bardzo ich potrzebuję, tak bardzo tęsknię za nimi. Chciałabym, żeby tu byli, naprawdę.
Moje melancholijne przemyślenia przerwał dzwonek. Spojrzałam na zegarek, hmm 21;30. Kto o tej prze mógłby do nas przyjść? Zeszłam na dół, a ponieważ Angie się kąpała, a Lucas jak zwykle słuchał muzyki na słuchawkach musiałam otworzyć drzwi. Jestem w samej koszulce, więc widać każdy ślad od żyletki oraz od igły na mojej lewej ręce. Schowałam ją za siebie, po czym otworzyłam drzwi. Nikogo tam nie było, o co chodzi? Może mam już jakieś omamy, słyszę coś czego tak naprawdę nie ma?
-Och Violka, co to ćpanie z Tobą robi? - Szepnęłam do siebie i wróciłam do pokoju. Ułożyłam się do łóżka, wstrzyknęłam sobie dawkę morfiny, która uśpiła mnie jak matka swoje małe dziecko. Tak dobrze się śpi, kiedy majka otula cię do snu w swoich ramionach. Wtedy nie ma żadnych zmartwień, problemów, a bezsenność nie istnieje, wszystko jest lepsze.
Ranek jak zawsze taki sam. Majka, ogarnięcie twarzy, śniadanie, którego z dnia na dzień jem coraz mniej, później znowu majka, ogarnięcie twarzy i do szkoły. Czyżby upragniona stabilizacja?
W drodze do szkoły spotkałam Jaydena, zastanawiał się czy skręcić w lewo, czy w prawo. Trochę to śmieszne, ale zrozumiałe, w końcu jest tu nowy. Powiedziałam mu, gdzie iść i zaproponowałam, że do liceum możemy chodzić razem. Wymieniliśmy się numerami i okazało się, że przechodzi obok mojego domu, więc dobrze się składa. Kiedy tak szliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się. Już dawno nie przeżyłam tego, już dawno nie uśmiechałam się tak długo i z tak błahych powodów.
-Długo tu mieszkasz? - Pyta.
-Od dziecka. - Zaśmiałam się. - A Ty na ile tu zostajesz?
-Wiesz to nie do końca zależy ode mnie. - Odparł.
-Rozumiem, rodzice. - Powiedziałam.
-Niezupełnie. - Nie rozumiałam. - Przyjechałem tu z bratem, nie z rodzicami. Rodzice nie żyją. Już dość długo. - Wyznał.
-Przykro mi. - Wiem jak to jest, naprawdę mu współczuję. Skoro zmarli dawno pewnie był bardzo młody. Musiał to przeżywać gorzej niż ja.
-Razem z Leonem dajemy radę. – Spojrzałam pytająco. – Leon to mój brat, może kiedyś go poznasz. – Wyjaśnił widząc moje spojrzenie.
-Dobrze, możecie zawsze liczyć na mnie, Lucasa i moją ciocię. Gdyby coś, to nie krępujcie się.
-Ciocia? - Zapytał. Fuck! Miałam mu nie mówić. No ale trudno, czuję, że mogę mu ufać, naprawdę.
-Tak, nasi rodzice nie żyją od 6 miesięcy. – Spuściłam głowę.
-Przykro mi, naprawdę. To jeszcze dla Ciebie świeża rana, ale mogę zapytać co się stało? – Mówił ze skruchą.
-Przestań. Nie zniosę jak jeszcze chociaż jedna osoba mi powie, że jest jej przykro, że mi współczuje. Naprawdę jest już dobrze. Przetrwałam to. To był wypadek, jechałam z nimi samochodem, spadliśmy z mostu. Nie wiadomo w jaki sposób przeżyłam, to cud. – Wyznałam.
-Wypierasz to. – Oznajmił.
-Słucham? – Zapytałam.
-Wypierasz ból, tęsknotę, wypierasz to, że Ci ich brakuje. Albo po prostu zakładasz maskę, udajesz, że jest dobrze, prawda? Tak naprawdę rozpierdala Cię od środka. Ten uśmiech jest na pozór, chcesz oszukać wszystkich dookoła. – Zatrzymał się i chwycił mnie za ramiona. – Przede mną nie musisz kłamać Violu. Naprawdę, nie chce tego fałszywego uśmiechu. Chociaż jest śliczny, nie chce go. Wolałbym, żebyś w końcu wyrzuciła to z siebie. Rozumiesz? – Po moim policzku popłynęła łza. Nie, nie, nie możesz. Do cholery! Nie możesz płakać. Znasz go dopiero drugi dzień. Nie, nie, nie. Spojrzałam na niego. Te oczy, teraz to widzę. Gdzieś go już kiedyś widziałam. Łzy płyną po policzku, a ja patrzę w te oczy i zastanawiam się, gdzie? Gdzie go widziałam? Przytulił mnie. W jego ramionach jest mi dobrze, czuję się bezpiecznie. Chce tu już zostać, w tym miejscu nic mi już nie grozi, czuję jakbym już w nich kiedyś była, ale jak to możliwe? Koniec rozmyślań, nie możemy tak stać w nieskończoność, chociaż byłoby wtedy cudownie. Odsunęłam się.
-Przepraszam. – Szepnęłam. – Chodźmy. – Powiedziałam głośniej. Jeszcze raz spojrzałam, w te oczy. Po czym odwróciłam się i udałam się dalej do szkoły. Po chwili Jayden był obok mnie. Szliśmy w ciszy, w którymś momencie poczułam jak łapie mnie za rękę. Spojrzałam na niego, on na mnie.
-Wszystko będzie dobrze, uwierz. – Szepnął, a po kilku sekundach puścił moją dłoń. Nie, nie, nie, było tak cudownie. Nie wiem o co chodzi, ale jest w nim coś co mnie do niego przyciąga.
Po wejściu do szkoły rozeszliśmy się w swoje strony. On do pokoju nauczycielskiego, ja do Lu i Fran.
-Hej. – Rzuciłam, kiedy do nich podeszłam.
-Weszłaś do szkoły z tym nowym, dlaczego? – Zaczęła zadawać pytania Lu, jak zawsze chce wiedzieć wszystko.
-To zabawne, spotkałam go jak szłam. Zastanawiał się w którą drogę skręcić. – Zaśmiałam się sztucznie.
-Ale jakie jest z niego ciacho, widzisz? Myślę, że ty mu się podobasz. – Odparła blondynka, na co Francesca zaczęła się śmiać. – A w sumie, przecież podobasz się każdemu w tej szkole, a nawet w mieście.
-Przestań gadać głupoty i lepiej chodźmy na lekcje. – Powiedziałam na co dziewczyny przytaknęły i śmiejąc się poszłyśmy na angielski.
W trakcie zajęć widziałam Jaydena kilka razy na korytarzu, ale kiedy widziałam, że chciał podejść w moją stronę posyłałam mu przepraszający uśmiech i odchodziłam. Otworzyłam się rano przed nim i ten fakt ogromnie mnie przeraża.
Kiedy skończyły się lekcje razem z dziewczynami wracałam do domu. Umówiłyśmy się dzisiaj na ognisku koło jeziora. Zastanawiam się czy wziąć ze sobą Jaydena. Napisać do niego i zapytać? Czy to dobry pomysł? W ogóle powinnam iść, a jak nie wytrzymam tam długo bez ćpania? Co wtedy? Nie wiem. Wiem jedno, miałam zacząć wychodzić do ludzi. Więc koniec zastanawiania. Idziemy i kropka. 
Do Jayden Verdas
Hej. Co powiesz na ognisko? Dziś wieczorem nad jeziorem.
V. xx
Od Jayden Verdas
Jasne. Przyjdę po Ciebie o 18. Pasuje?
Do Jayden
Idealnie :)
Zmieniłam nazwę, będę pamiętać, który Jayden. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Co się z Tobą dzieje Violka?!
Równo o 18 usłyszałam dzwonek do drzwi. Założyłam skórzaną kurtkę i zeszłam na dół. Angie już zdążyła otworzyć drzwi.
-Hej. – Powiedziałam podchodząc do cioci. – Angie to jest Jayden, Jayden to jest moja ciocia Angie.
-Miło panią poznać. – Uśmiechnął się.
-Mów mi po imieniu. – Rzuciła siostra mojej mamy.
-Dobrze Angie. Idziemy Violu? – Odezwał się do mnie.
-Tak. – Wyszłam za drzwi. – Pa. – Rzuciłam do cioci i poszłam się dobrze bawić. Przynajmniej taki mam plan.
Na miejscu lał się alkohol, ludzie bawili się, tańczyli, śpiewali. Niektórzy już byli tak upojeni, że nie było z nimi kontaktu. Fran razem z Marco, z którym jest w szczęśliwym związku od prawie 2 lat oraz Lu z Federico siedzieli na ławkach i pili naszą ulubioną wódkę. Fede i Ludmi są razem od niedawna. Ale tworzą naprawdę świetną parą, a co najważniejsze blondynka jest z nim szczęśliwa.
-No hej. W końcu jesteście. Myślałam, że się już rozmyśliłaś. – Odezwała się jak zwykle pierwsza Ludmiła.
-Spokojnie. Jestem. – Przysiedliśmy się do nich i zaczęliśmy pić, rozmawiać, bawić się wygłupiać jak za dawnych czasów.
Niedaleko nas za starym domkiem siedział Luca ze swoimi znajomymi. Źle mi było z tym, że on w wieku 15-stu lat wpiepsza się w takie środowisko. Ale sama nie jestem lepsza. Jeszcze przed samym wyjściem musiałam wejść w kanał bo bym nie wytrzymała.
Kiedy siedzieliśmy i wspólnie spędzaliśmy czas, podszedł do nas chłopak. Na oko starszy od nas jakieś trzy może nawet cztery lata. Swoją urodą przypominał nieco Jaydena. Może nawet był od niego przystojniejszy.
-O Leon. Cześć. – Odezwał się mój dzisiejszy towarzysz w stronę nieznajomego. Każdy spojrzał na niego zdziwiony. Chwila, już wiem. Przecież to jego brat, o którym mówił mi dzisiaj w drodze do szkoły. Są do siebie podobni.
-Siemka. Może tak przedstawiłbyś mi swoich nowych znajomych? – Zapytał Jaya.
-Aa tak. To jest Ludmiła, obok niej Federico. Dalej Francesca i Marco. A to jest Violetta. A wy poznajcie mojego brata Leona. – Chłopak był wyraźnie zdenerwowany pojawieniem się starszego brata. Zastanawiałam się dlaczego. Może zapytam się go w drodze powrotnej. Może..
-Dobra nie będę przeszkadzał wam tutaj, dość nie dobrze zareagowałeś na moje przyjście. – Poklepał brata po ramieniu. – Idę poszukać jakiegoś dobrego trunku. Dziewczyny też są tu niezłe więc na razie. – Nie czekał aż ktokolwiek mu odpowie. Odwrócił się i po chwili zniknął w tłumie
-Przepraszam za niego. – Odezwał się speszony Jayden.
-Nic się przecież nie stało. – Powiedziała Fran i za chwilę wróciliśmy do poprzednich czynności.
I tak minął dzień. W sumie nie było idealnie, ale spędziłam trochę czas tak jak kiedyś.
Poznałam przez ostatnie dni dwóch chłopaków. Jayden, uroczy, miły, troskliwy. I Leon, chłopak, o którym nie potrafię zapomnieć. Te piękne zielone oczy tkwią w mojej pamięci. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest.
Z tym młodszym mam coraz lepsze kontakty, ciągle piszemy smsy. Dzięki niemu mam ochotę na wyjście do ludzi, na zabawę, jest idealny, zawsze potrzebowałam kogoś kto sprawi, że będę szczęśliwa. Kiedy z nim jestem wszystko wydaje się prostsze. Nie chce go stracić, naprawdę. Przez tak krótki okres stał się dla mnie naprawdę ważną osobą, to wydaje się dość dziwne i niezrozumiałe, ale tak właśnie jest.

___________________________________________

Tak oto mamy dwójeczkę :)
Widzę że nie wszystkim się chyba do końca podoba wątek z ćpunką Violettą :) Spokojnie może coś z tym się niedługo wydarzy xD Ale nic nie zdradzam :)
Jak widzicie już wprowadziłam Leona :)
Zasmuciłam się trochę tym, że pod prologiem było 9 waszych komentarzy (za które bardzo, bardzo, bardzo dziękuję), no ale już pod rozdziałem pierwszym jest ich tylko 7 :/
Myślałam, że powinno być raczej tak, że z każdym rozdziałem będzie ich więcej, bądź tyle samo, ale nie sądziłam, że mniej :(
No ale cóż :)
Nie zanudzam was dłużej :) Miłej lektury ;*
papa xx

Andzii xx ;*

piątek, 25 grudnia 2015

Rozdział 1 ~ „Wszystko boli bardziej i wtedy pozostaje tylko zwiększyć dawkę i iść ku śmierci.”



1 września (wtorek)
'Dzisiaj początek kolejnego roku szkolnego, a tym samym zmiana mnie. Zacznę już chodzić do szkoły, przestanę unikać przyjaciół, zacznę wierzyć w lepsze jutro, albo przynajmniej pokarzę innym, że tak właśnie jest, koniec użalania się innych nade mną. Będę się uśmiechać i powtarzać, że wszystko jest w porządku. Czas wyjść do ludzi.'
Zamknęłam zeszyt, w którym zapisuję moje przemyślenia, inni nazywają to pamiętnikiem. Dla mnie to po prostu zeszyt, gdzie mogę wyrzucić wszystkie rzeczy, o których nie mogę powiedzieć moim przyjaciołom. Nie dlatego, że im nie ufam, ale dlatego, że boję się ich reakcji. Kiedy w drugim semestrze ubiegłego roku szkolnego przestałam chodzić do szkoły, zaczęłam ćpać. Nie potrafiłam sobie poradzić z tymi wszystkimi emocjami. Wiedziałam, że przyjaciółki będą mnie odwiedzać, więc musiałam zachowywać czasem umiar, żeby nic się nie wydało. Ale w wakacje, kiedy one wraz z rodzinami powyjeżdżały zaczęłam to robić częściej. Kiedy wróciły odmawiałam im spotkań, nie chciałam wychodzić z domu. Mimo sprzeciwów pojawiały się u mnie w drzwiach, wtedy starałam się ogarnąć i posiedziałam z nimi koło godziny. Spławiałam ich mówiąc, że chce iść spać, że muszę porozmawiać z Lucą bo mnie prosił, że obiecałam dzisiaj pomóc cioci. Zawsze znajdowałam jakąś wymówkę. Nie chcę, żeby wiedziały o moim ćpaniu. Po co mają się niepotrzebnie martwić?
-Viola, Lucas! Chodźcie jeść! – Z przemyśleń wyrwał mnie głos cioci z dołu. Angie zajęła się nami po wydarzeniach z przed kilku miesięcy. Zostawiła wszystko, dom, znajomych, studia i wprowadziła się do nas, od prawie roku jest naszym opiekunem. Kobieta ma włosy w kolorze ciemnego odcienia blond, jest niedużo wyższa ode mnie oraz niewiele starsza, więc razem z bratem mówimy jej po imieniu.
We wszystkim staramy się pomagać sobie wzajemnie, być dla siebie wsparciem. My straciliśmy rodziców, ona siostrę, która była jej ostatnią rodziną pomijają nas. Musimy się wspierać.
-Idę Angie! - Odkrzyknęłam, zabrałam torebkę, zaciągnęłam rękawy, a po wyjściu z pokoju wstąpiłam do łazienki. Włożyłam do oczu soczewki i wodą zwilżyłam twarz, żeby tylko nikt nie zauważył, że znowu zaćpałam tej nocy. Jeszcze zajrzałam do Lucasa, aby uświadomić mu, że ma zdjąć słuchawki i w tym momencie zejść na dół. Przytaknął, a po kwadransie wspólnie jedliśmy śniadanie.
Los Angeles City College, ogromna szkoła, z wielkim placem, gdzie wychodzimy na lunch. Na placu ustawione są stoliki i krzesełka więc jest dużo miejsca. Na około nie ma cudownych krajobrazów, zaledwie kilka drzewek, a dalej same ulice. Co chwilę słychać przejeżdżający samochód. Takie uroki życia w mieście. Szkoła jak każda, nie wszyscy się uwielbiają, ale starają się żyć ze sobą w zgodzie. Czasem to się nie udaje, ale tak już jest, nic na to nie poradzimy. Tutaj każdy zna każdego, wszystko wiemy o sobie nawzajem. Rzadko udaję się coś ukryć, dlatego wątpię, żeby wieści z moją przygodą z narkotykami jeszcze tutaj nie dotarły. Chociaż najbardziej na świecie chciałabym, żeby nikt o tym nie wiedział. Mimo tylu wad nie chciałabym chyba mieszkać w żadnym innym miejscu na świecie, tutaj jest mój dom. Może kiedyś moim marzeniem będzie wyprowadzenie się stąd i zostawienie wszystkiego za sobą. Może, ale to jeszcze nie teraz.
Weszłam do szkoły, każdy spojrzał na mnie pełnym współczucia wzrokiem. Posłałam im uśmiech i udałam się do szafki. Dobrze, że wstrzyknęłam sobie trochę morfiny przed wyjściem z domu bo raczej bym nie wytrzymała w tym miejscu na samym starcie. Otworzyłam szafkę, a po chwili pojawiły się obok mnie moje dwie najlepsze przyjaciółki: Ludmiła oraz Fran.
Ta pierwsza, Ferro, to wysoka blondynka, dobrze zorganizowana i zawsze szczera, bardzo pomogła nam wraz z matką, która jest na jednym z najwyższych stanowisk w tutejszej policji, w trudnych dla mnie chwilach. Liz, zajęła się nami przez pierwsze tygodnie po śmierci moich, cudownych rodziców. Trochę żal mi rodziny Ferro, mieli idealną rodzinę, co najważniejsze szczęśliwą, a dodatkowo niczego im nie brakowało. Niestety jednak trzy lata temu ojciec Ludmi oznajmił jej matce, że zakochał się w innym mężczyźnie. To był ogromny wstrząs dla tej rodziny.
Druga, Resto, to czarnowłosa włoszka, która od najmłodszych lat wychowywana była przez babcię. Od czasu do czasu odwiedzał ją podróżujący ojciec, a matka zostawiła ją u tej starszej kobiety kiedy Fran była  bardzo mała i wyjechała. Nikt z nas nie pamięta jak wyglądała. Oprócz babci Fran - Shanon, jednak ona niechętnie chce o niej mówić. W tym mieście każdy robi co chce, tutaj może się zdarzyć wszystko. Ale co się dziwić, w końcu mieszkamy w Los Angeles, w stanie Kalifornia, w Stanach Zjednoczonych.
- Jak tam Violu? - Zapytała Francesca, po przytuleniu mnie. Gest powtórzyła po niej blondyna.
-Wszystko jest w porządku.- Odpowiedziałam. Po majce zawsze wszytko jest dobrze, więc tak naprawdę jej nie okłamałam. Wszystkie problemy odeszły wraz z porannym zastrzykiem. Dziewczyny spojrzały po sobie, ale na szczęście o nic nie pytały. Jestem im za to niezmiernie wdzięczna, nie chce, aby zadawały pytania, ponieważ nie chce ich okłamywać, a przecież nie powiem im, że ćpam od jakichś 5 miesięcy. Nie mogę im powiedzieć, że niedawno wpadłam w ciąg, że co wieczór zwiększam dawkę, bo ta wcześniejsza jest za słaba. Nie mogę im powiedzieć, że nie umiem przestać. Po prostu nie mogę. Wykończę się, gdyby nie Lucas zrobiłabym to już dawno. Poszłabym na złoty strzał i zasnęła na zawsze. Ale on jest dla mnie najważniejszy, dla niego poszłabym na odwyk. Gdyby tylko byłaby taka potrzeba. Ale to jeszcze nie teraz, przeżyję. Jeszcze nie umieram.

Przetrwałam połowę lekcji. Ale nie mogę już dłużej. Wchodzę do łazienki i zamykam się w kabinie, muszę wejść sobie w kanał jak najszybciej. To okropne, jak można być zależnym od czegoś. Ale co się dziwić, w ciągu potrzebuję majki, nie potrafię bez niej funkcjonować. I tak jestem z siebie dumna, że wytrzymałam cztery godziny lekcyjne bez ćpania. Nie zostało mi już dużo towaru. Muszę dzisiaj zadzwonić do dostawcy, potrzebuję więcej.
Wstrzyknęłam sobie to gówno. Czuję się już o wiele lepiej. Wychodzę z kabiny i podchodzę do lustra. Nie jestem już taka jak wcześniej. Jestem zaćpanym człowiekiem, który nie potrafi żyć bez pierdolonego zastrzyku. Wchodzą jakieś dwie laski. Jestem przekonana, że ćpają. Ćpun ćpuna zawsze pozna.
-Violetta? – Mówi do mnie jedna. – To naprawdę ty?
-Nie, duch. – Odpowiadam z ironią.
-Jestem Suzy. A to Nicka. Zawsze chciałyśmy Cię poznać. – Ignoruje mój ton.
-Ta, cześć. – Odparłam i zwilżyłam twarz wodą.
-Idziemy na strzał? – Pyta mnie. Na oko jest w pierwszej klasie. Skąd takie gówniarze mnie w ogóle znają?
-Nie dzięki. A tak poza tym. – Podchodzę bliżej. – Nigdy więcej nie pytaj mnie o takie rzeczy. Chcesz żeby ktoś usłyszał? Chcesz mieć przejebane? Spoko. Ale mnie w to nie wciągaj. Ostrzegam, tutaj każdy wszystko widzi i słyszy. Lepiej uważajcie. Trzymajcie się. – Odchodzę kilka kroków. – A co do pytania, to może następnym razem. Hej. - Mówię i wychodzę. Jejku jak mnie takie dzieci wkurzają. Ja nie wiem czym tu się szczycić? Tym, że po każdym strzale jesteś coraz bliżej śmierci? Że po kilku strzałach nie potrafisz funkcjonować tak jak wcześniej, bo musisz sobie coś wstrzyknąć? Ludzie są dziwni. Pragną śmierci, a kiedy już jest blisko chcą zrobić wszystko, aby tylko ją opóźnić. Nienawidzę ludzi. Do siebie czuję jeszcze większą nienawiść. Ale te wszystkie odczucia są przez majkę. To przez nią nienawidzi się świata, kolejna wada narkomańskiego życia. Właściwie w tym życiu są same wady. Zaleta? Może jest jedna, jak weźmiesz to zapominasz o całym źle, którego kiedykolwiek cię doświadczyło. Jest się wtedy na to wszystko obojętnym, nie czuję się tego tak bardzo, coś w stylu wyłączenia człowieczeństwa. Ale to najgorsze co można zrobić. Bo tak naprawdę nie da się uciec od bólu, smutku, cierpienia, tęsknoty. Trzeba się w to zagłębić, dopuścić do siebie cały ból, dać się temu pochłonąć całkowicie. Nie można z tym walczyć, to jest większe od nas. Należy się w tym zatopić, ale potem w końcu zacznie się pływać, każdy oddech, o który walczymy wzmocni nas i wtedy damy radę to pokonać. Ale my narkomani wpieprzamy się w błędne koło. Zapominamy kiedy jesteśmy pod wpływem, a kiedy całe działanie z nas schodzi, te uczucia przychodzą do nas z powrotem ze zwiększoną siłą. Wszystko boli bardziej i wtedy pozostaje tylko zwiększyć dawkę i iść ku śmierci.
Moje przemyślenia przerwał upadek na podłogę. Chyba nie umiem chodzić, ale to najprawdopodobniej po ćpaniu. Podnoszę wzrok i stoi nade mną chłopak, przepełnione szczęściem oczy, nienagannie ułożona grzywka, idealna figura, a jego twarz wprost zniewalająca. Podaje mi rękę, którą chwytam bez zastanowienia. Wstaję.
-Przepraszam. Niezdara ze mnie, zamyśliłam się. – Och Violka, skąd w tobie tyle emocji? Niesamowicie grasz, a może to wcale nie gra? Samo mi to przyszło kiedy spojrzałam w te anielskie oczy.
-Nic się nie stało. Właściwie, to moja wina, nie patrzyłem gdzie idę. Zwiedzam szkołę, wprowadziłem się tu niedawno i chyba tu będę chodzić, mają tu śliczne dziewczyny. Ach, gdzie moje maniery? Jestem Jayden. – Głos też ma cudowny.
-Violetta, miło mi Cię poznać. – Powiedziałam zgodnie z prawdą. – Oprowadziłabym Cię z wielką chęcią, ale właśnie zaczynam matmę, materiał trudny, więc sam rozumiesz. Lecę, do zobaczenia. – Odeszłam, nie mogłam tam dłużej stać. Nie po majce, przecież mógłby zobaczyć, że jestem naćpana, co byłoby wtedy? Nie ufam ludziom. Chociaż czuję, że jemu mogłabym zaufać.
-Mam nadzieję. – Usłyszałam za plecami. Uśmiechnęłam się, pomachałam i poszłam na lekcje matematyki.
_____________________
Z lekkim opóźnieniem ale jest :)
Jak widzicie jest Jayden, ale spokojnie opowiadanie o Leonettcie więc Leonek też niedługo się pewnie pojawi :D
Nie za szybko pewnie ale będzie xD
tralalalala xd Koniec zanudzania :D
Miłego czytania i jeszcze raz Wesołych Świąt wszystkim ;**

Andzii xx ;*

czwartek, 24 grudnia 2015

Świąteczny OS "Mamo, a my jesteśmy taką szczęśliwą rodziną?"




-Dawno, dawno temu. Za lasami i ogromnymi górami, żyła sobie piękna księżniczka o imieniu Lily. – Powiedziała szatynka ze śmiechem.
-Mamo nie! – Tupnęła nóżką czteroletnia dziewczynka. – Gdzie Ty masz tu lasy? Przecież mieszkamy w Nowym Jorku. Zgłupiałaś? –  Ciemnooka kobieta roześmiała się jeszcze bardziej. – Inna bajka! – Krzyknęła głośno śmiejąc się.
-Co się tutaj dzieje? – Zapytał mężczyzna schodząc po schodach, spojrzał na kobiety siedzące w salonie i zrobił rozzłoszczoną minę. – Dlaczego tak krzyczysz Lilianno Gabrielo Verdas? – Zapytał córki.
-Tatusiu! Pomóż mamusi opowiedzieć bajeczkę, w której jestem księżniczką. – Uśmiechnęła się. – I przestań udawać złego, jestem za duża, żeby myśleć, że się na nas złościsz. – Dodała marszcząc czoło, po czym pokazała swoje ząbki, których już nie było za wiele. Brunet się zaśmiał.
-Chodź Leon, siadaj z nami. – Odezwała się Violetta pokazując jedną ręką na miejsce obok siebie, a drugą trzymając na dość dużym brzuchu. Co się dziwić, w końcu to już 8 miesiąc. Zielonooki chłopak usiadł obok swojej żony i pocałował ją w policzek, a swoją małą kruszynkę wziął na kolana.
-Co Ci ta mama opowiedziała? – Zapytał śmiejąc się.
-Powiedziała, że księżniczka Lily mieszka za lasami i górami, ale to nie prawda. Przecież tu nie ma drzew. – Pokazała na duże okno ukazujące panoramę miasta.
-Myślę, że to nie najlepsza pora na bajki. – Dziewczynka zasmuciła się na słowa ojca.
-Ale dlaczego? – Zapytała.
-Powinnaś teraz założyć jedną z najlepszych sukienek. – Zaciekawiona patrzyła na swoich rodziców. – Jedziemy przecież na wigilię do babci, i odwiedzi nas Mikołaj, pamiętasz? Przecież ubieraliśmy choinkę, żeby do nas przyszedł i przyniósł dużo prezentów. – Na te słowa Violetta się zaśmiała.
-No tak zapomniałam całkiem. – Lily zeskoczyła z kolan Leona i pociągnęła mamę za rękę. – No chodź, trzeba się ładnie ubrać i jedziemy. – Leon ze śmiechem wstał i poszedł do kuchni.

Wieczerza wigilijna w gronie rodzinnym była wspaniała. Odwiedził dzieci starszy pan z ogromnym workiem prezentów, który miał jakiś podarunek dla każdego, Lily była naprawdę zachwycona. Teraz rodzina wróciła do domu, Leon szybko poszedł ułożyć prezenty pod choinką, a Viola próbuję jak najbardziej przedłużyć wysiadanie z samochodu. Po niedługim czasie pojawił się koło nich mężczyzna.
-Kochanie co tak długo? Idziecie? – Pyta specjalnie żony.
-Lily opowiada mi o tym co najbardziej jej się podobało na wigilii. – Wyjaśnia kobieta, powstrzymując śmiech.
-Dobrze, ale już chodźcie. – Tak zrobili.
-A tatusiu, był u nas Mikołaj? – Zapytała dziewczynka.
-Nie wiem skarbie. Idź zobacz pod choinkę, czy są jakieś prezenty. – Mała pobiegła czym prędzej do salonu, a rodzicie podążając za nią wolnym tempem śmiali się.
-Mamusiu nie ma naszych ciastek i mleka, zjadł i wypił. – Krzyczała zadowolona Lilianka. – I są prezent, mogę je odpakować? – Zapytała patrząc na rodziców.
-Oczywiście kochanie. – Odpowiedziała jej matka i wraz z mężem usiadła na kanapie.
-Wszystkie są dla mnie? – Zapytała patrząc na trzy prezenty.
-Pokaż. – Violetta przejrzała każdą paczkę. – Tak skarbie, na każdym jest Twoje imię, więc wszystkie są dla Ciebie. – Rzekła ciężarna.
-Jak się cieszę. – Dziewczynka zaczęła odpakowywać prezenty, w pierwszym ujrzała swoją wymarzoną i długo wyczekiwaną toaletkę. Drugi pakunek zawierał kuchenkę zabawkową, którą zawsze chciała mieć, a w trzecim zapakowana była jej wymarzona lalka. – Mamusiu, Mikołaj wiedział wszystko co chcę dostać, ale włosy tej lalki miały być fioletowe, a nie różowe. – Powiedziała dziewczynka. Violetta spojrzała na Leona ze śmiechem, przecież to on kupował prezenty.
-Kupię jutro farbkę do włosów i jej ufarbujemy na fioletowo, dobrze? – Matka wpadła na fenomenalny pomysł.
-Dobrze mamusiu, jesteś wspaniała. Tatusiu ty też. Kocham was. – Wtryniła się między rodziców i mocno się do nich przytuliła. Kiedy oderwali się od siebie Lily spojrzała na brzuszek Violetty. Położyła na nim delikatnie rączkę.
-Ciebie też kocham, chociaż nie wiem kim jesteś. – Powiedziała, na co w oczach kobiety pojawiły się łzy.
-On Ciebie też kocha. – Odpowiedziała dziewczynce matka.
-On? – Zapytali jednocześnie Lily i Leon.
-Tak on. – Posłała im uśmiech.
-Będę miała braciszka?
-Tak Lily, cieszysz się?
-Oczywiście. – Uśmiechnęła się mała.
-W takim razie jak ty jesteś moją żoną, ona moją córką, cieszącą się, że będzie miała braciszka to znaczy, że będę miał syna? – Mówił tym razem Leon.
-Wiesz kochanie, Twoja filozofia zawsze była dość dziwna, więc proszę przestań jej używać. – Powiedziała Violetta ze śmiechem. – Ale tak, będziesz miał syna.
-Kocham was moje skarby. Wszystkie trzy. – Leon wziął na kolana swoją ukochaną córeczkę po czym przytulił do siebie całą rodziną. – Jestem tak szczęśliwy, że was mam.
-My Ciebie też. – Kobiety odpowiedziały wspólnie.

-Ta rodzina była najszczęśliwszą z rodzin, które znam. Obdarzali się prawdziwą miłością. Kochali się i nie oczekiwali nic w zamian. Mimo, że dawali sobie wiele prezentów, najważniejszy z nich to był uśmiech na twarzy innej osoby. Każda rodzina na świecie powinna taka być, powinna uszczęśliwiać się nawzajem, co najważniejsze nie krzywdzić. Wiesz słońce? – Powiedziała kobieta wyglądająca na dość starą, mimo, że miała dopiero jakieś trzydzieści lat, zamykając poobdzierany zeszyt, w którym w okresie liceum pisała swoje opowiadania, obserwacje i przemyślenia.
-Mamo, a my jesteśmy taką szczęśliwą rodziną? – Zapytała dziewczynka, na oko miała pięć lat.
-A jesteście szczęśliwi? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie kobieta, patrząc na dwójkę swoich dzieci leżących w bardzo starym łóżku.
-Jeżeli tata nie pije to jest fajnie. – W oczach matki pojawiły się łzy.
-Widzisz słońce, jesteśmy szczęśliwi tylko czasami. Nie mamy takiego szczęścia jak Lily, Violetta i Leon, prawda? Ich rodzina była idealna. – Łza spłynęła matce po policzku, ale starła ją jak najszybciej.
-Mamo, a poznamy kiedyś Lily? – Pytała dalej córka.
-Przykro mi ale nie mam już z nimi kontaktu. – Westchnęła. To była prawda, od chwili jak mąż kobiety zaczął pić nie miała czasu dla Violetty. Kobieta chciała być przy niej i jej pomóc, ale kiedy zaproponowała Ludmile, alby rozwiodła się z Crisem, ona zareagowała nie tak jak powinna. Teraz blondynka bardzo żałuje, tęskni za przyjaciółką. W końcu były razem od czasu kiedy chodziły na czworaka. Każdy kto mówił jej, że jej mąż jest zły stał się wrogiem. Nie widziała kiedyś nic złego w tym co się dzieje w jej domu, teraz wie, że to był ogromny błąd.
-A dlaczego nie mamy choinki? – Dalej pytała dziewczynka.
-Ojciec ją spalił. – Odparła starsza córkę, po czym przekręciła się głową do ściany, nie mogła znieść tego co się tutaj dzieje. Miała plany, jak tylko skończy osiemnaście lat, ale z tym musi jeszcze trochę poczekać. Nie chciała dłużej mieszkać z nim pod jednym dachem. Nienawidziła go.
Kiedyś święta w tym domu były idealne, ciepłe, rodzinne, pełne radości i miłości. Niestety od kilku lat święta stały się kolejnym powodem do płaczu. Nie wiadomo czy pięcioletnia dziewczynka kiedykolwiek w okresie dzieciństwa dowie się czy tak naprawdę są święta, ale życzę jej tego z całego serca.
______________________________________________
Tak jak obiecałam, w dzień wigilii świąteczny OS :)
Jest? Jest xd
Świetnie :)
Dzisiaj zaczynamy okres świąteczny. :)
Dlatego z całego serduszka, życzę wam dużo zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń, masy prezentów, żeby wszystko było w porządku i aby każdy was był szczęśliwy w te święta oraz nie miał żadnych zmartwień :)
A ponieważ za tydzień mamy SYLWESTER, życzę wam też szczęśliwego nowego roku, już 2016 :) I wytrwałości w postanowieniach :)
Żegnam się z wami i wracam do gości i stołu pełnego jedzenia :)
Pa :*
Andzi xx ;*