czwartek, 21 kwietnia 2016

Rozdział 9~"Kocham Cię i chce tego."




Kiedy samochód się zatrzymał, usłyszałam jak Jay z niego wychodzi. Przeszło mi przez myśl, że zostawił mnie samą, ale chwilę potem otworzyły się drzwi z mojej strony. Jayden niósł mnie na rękach, a kiedy moje nogi poczuły grunt i mogłam już patrzeć zdałam sobie sprawę, że znajdujemy się w jadalni, a co było najciekawsze w moim domu. Teraz zrozumiałam dlaczego musiałam czekać na niego w Station. Przeszło mi przez głowę, że Diego był w to zamieszany, a nawet Angie.
-Jak ty to? - Zapytałam.
-Niespodzianka. - Uśmiechnął się. - Chcesz mnie poznać? To usiądź. - Zrobiłam co powiedział. Siedziałam w ciszy i czekałam, aż zacznie mówić. - Zacznijmy od Sophie. - Nie mogę w to uwierzyć. Opowie mi. - Była najpiękniejszą dziewczyną jaką widziałem. -Patrzył na mnie. I obserwował każdy mój ruch, gest, mimikę. - Miała przepiękne, ciemne oczy. I śmiech. - Sam się uśmiechnął na to wspomnienie. - Niezwykły, zaraźliwy. - Sama się uśmiechnęłam. - Była wesoła. Umiała się bawić. Ale była też niecierpliwa, samolubna i impulsywna. Nie była jakąś tam dziewczyną. Patrzyłam na niego z zaciekawieniem, a on mówił. Wsłuchiwałam się w każde jego słowo. - A później pojawił się Leon, twierdził, że był z nią pierwszy. - Zaczął się lekko denerwować. - Nawet o tym nie wiedziałem. - Posmutniał. - Ale też nie obchodziło mnie, że dostałem coś, czego pragnął mój brat. Wtedy obchodziła mnie tylko ona. Pragnąłem tylko jej.  Ale to ona zawsze bierze to czego chce, wtedy jeszcze tego do końca nie wiedziałem. Każdej nocy, kiedy myślałem, że jest tylko ze mną, była również z nim.
-To on Ci ją odebrał? Nie na odwrót?
-Jej się nie dało odebrać. Sterowała naszymi umysłami.
-Hipnoza. - Szepnęłam.
-Tak. Ukrywaliśmy to przed sobą. Pragnęła byśmy zawsze byli razem. Nie wyszło, ale Leon i ja jesteśmy na siebie skazani i już. Zrobiłem parę rzeczy, których się wstydzę. Najbardziej żałuje tego, ze ich nie naprawiłem dopóki nie odeszła. Brakuje mi jej. Ale pogodziłem się ze stratą, w końcu to było ponad sto lat temu. Dokładniej w 84. Leon wmawiał Ci, że nadal boli mnie strata, ale to nie prawda. Nie mógł znieść tego jaki jestem z Tobą szczęśliwy.
-Leon mówił, że Sophie zginęła w tym pożarze. - Wyznałam. Nie mówiłam mu nigdy, że mówił o niej dość dużo.
-Nie zginęła w pożarze. Ona jest wampirem, tak jak my, tak ogień nas spala, ale ona upozorowała swoją śmierć wtedy i uciekła. - Wyrzucił z siebie.
-Dlaczego Leon tak powiedział? - Byłam ciekawa.
-Bo widzisz, czasem ludzie odchodzą, a my udajemy, że po prostu umarli. Tak jest nam łatwiej. Lepiej myśleć, że dana osoba nie żyje niż codziennie wspominać, że odeszła zostawiając nas samych zupełnie bez powodu. - Wyjaśnił.
-Rozumiem, ale ja nie potrafiłabym kogoś uśmiercić tylko i wyłącznie w mojej podświadomości. - Wyznałam.
-Wampiry czują bardziej, każde ludzkie uczucie odczuwamy tysiąc razy bardziej. Ale mamy taki guzik, jeżeli go przestawimy wszystkie nasze uczucia znikają. Nazywamy to wyłączeniem człowieczeństwa.
-Sugerujesz, że Leon je wyłączył? - Co on musiał przechodzić skoro tak postąpił.
-Tak, ale da się to włączyć. Kiedy widzę jak na Ciebie patrzy zaczynam od nowa dostrzegać to, że jest dla niego szansa.
-Jak na mnie patrzy? - Nie rozumiem.
-Tak. Dlatego reaguję na niego dość źle. Boję się, że mogę Cię stracić. - Jego oczy były pełne bólu.
-Nie stracisz mnie Jay. - Podeszłam do niego i pocałowałam, oczywiście odwzajemnił buziaka. - Dziękuję. - Szepnęłam kiedy się od siebie oderwaliśmy.
-To jeszcze nie koniec. - Zaśmiał się.
-Więc kontynuuj. - Powtórzyłam czynność po moim chłopaku.
-Lubię czytać książki. Oglądam seriale. Filmy, w kółko oglądałbym taksówkarza. Muzyki słucham jak leci, rocka, popu, czasem rap, a nawet zdarza się, że piosenki disco-polo trafiają do mojego serca. Lubię nawet Miley Cyrus.
-Serio? - Zaśmiałam się.
-Tak. - On też się zaśmiał.
- A co z tym pierścieniem. - Wskazałam na jego dłoń. - Nigdy go nie zdejmujesz. - Zapytałam chłopaka.
-Nie mogę. - Zaśmiał się. - Chroni mnie przed słońcem. - Powiedział ciszej.
-Chroni? Kolejna wampirza ciekawostka? - Pokiwał głową z uśmiechem. - Błyszczysz się na słońcu jak Edward? - Zaśmiałam się.
-Nie. Płonę. - Odpowiedział spokojnie.
-Okey, w takim razie go noś. - Przeraziłam się trochę, jeżeli wyjdzie na słońce, spłonie. To straszne. Minęło już sporo czasu, a ja nadal nie mogę uwierzyć w to, że mój chłopak jest istotą nadnaturalną.  Zanim się obejrzeliśmy wszystko było zjedzone. - Chyba czas na mnie. - Wstał od stołu. - Odprowadzisz mnie do drzwi?
-Jasne. - Tak zrobiliśmy. Pożegnaliśmy się namiętnym pocałunkiem, potem posprzątałam ze stołu i poszłam wziąć kąpiel. Ten chłopak coraz bardziej mnie zadziwia, a z dnia na dzień zakochuje się w nim coraz bardziej.

Następnego wieczoru siedziałam na werandzie przed domem. Jay miał iść coś zjeść i zaraz po tym przyjść do mnie. Nie ma go dłużej niż zwykle, spóźnia się. Znowu? Dlaczego to tak długo trwa?
-Jestem. - Stanął przede mną w zakrwawionej koszuli.
-Co się stało? - Spytałam zaniepokojona i jak na zawołanie pojawił się Leon. - To Twoja sprawka? - Swoje słowa skierowałam do starszego Verdasa.
-Wiedzą o nas. - Powiedział Jayden. Kto? Dotknęłam jego brzucha. - To nic, rana sama się zagoi, trzeba chwilę poczekać, piję krew zwierzęcą, nie ludzką. To potrwa jeszcze pare minut zanim rana całkiem zniknie. - Czyli taka dieta mu nie służy. Boże Jay jak mogę Ci pomóc? Ty cierpisz.
-Co mamy teraz zrobić? - Zadawałam pytania, a brat mojego chłopaka stał obok nas bez słowa. - Jesteście w niebezpieczeństwie.
-Coś wymyślimy. - Próbował pocieszyć mnie Jayden, ale miałam wrażenie, że on sam w to nie wierzył.
-Idę zaraz do Station. - W końcu odezwał się Leon. Znajdują się w poważnej sytuacji ale ten idzie się bawić. - Jestem umówiony z panią burmistrz. Pogadam z nią i pokaże, że jesteśmy po stronie dobra. - Ufff masz szczęście, chciałam już wybuchnąć i zacząć go opierdzielać.
-Twierdzisz, że Ci się uda? - Wycedziłam. Jayden spojrzał na mnie i pokiwał głową na znak, że wszystko będzie ok. -Dobra. Idź i rób swoje. - Posłałam uśmiech Leonowi, a chwilę później już go nie było. -Można mu ufać? - Zapytałam mojego chłopaka, kiedy tylko Leon znikł.
-Jeżeli chodzi o te sprawy to tak. - Chłopak zaśmiał się lekko i usiadł na ławce. Powtórzyłam czynność po nim i oboje siedzieliśmy pod kocem. Zastanawiałam się co może się stać w najbliższym czasie. Bałam się o Jaydena, a nawet o Leona. Nie mogłam znieść myśli, że coś może im się stać.
-Jay? - Zwróciłam się do chłopaka.
-Tak? - Odezwał się, a w jego głosie słychać było ogromy ból.
-Mogę  Ci pomóc, prawda? - Zapytałam, ale nie usłyszałam odpowiedzi. - Jayden. - Podniosłam trochę głos. - Wiem że mogę. - Spojrzałam na niego. W pewnej chwili wyciągnęłam w jego stronę rękę. - Proszę. Napij się.
-Nie Violetta. - Zaprzeczył stanowczo.
-Wiem, że zwierzęca krew Ci nie służy. - Szepnęłam. - Proszę.
-Nie. - Spojrzałam na niego.
-Kocham Cię i chce tego. - Wyznałam i z przekonaniem patrzyłam w jego cudowne oczy. Po dłuższej chwili zawahania ujął moją rękę i przyłożył do niej usta, a raczej zęby. Jego kły wydłużyły się i zaostrzyły. Poczułam lekkie, niemal bezbolesne ukłucie. Pił moją krew. Jego twarz zmieniła się. Ta zmiana nie była znacząca ale dało się zauważyć że wygląda nieco inaczej. Oczy mu ściemniały, a pod nimi pojawiły się cienkie żyłki. To było nawet przyjemne doznanie. Kiedy zaspokoił swoją potrzebę uwolnił moją rękę.
-Dziękuję. - Wyszeptał. Posłałam mu uśmiech. Podniosłam jego koszulę. Po ranach nie było śladu. Wtuliłam się w niego, a niedługo potem zasnęłam w jego objęciach. Jestem szczęśliwa. W końcu.

Obudziłam się w swoim łóżku, przecież usnęłam na werandzie. Nie było nigdzie Jaydena. Spojrzałam na stolik przy łóżku. Nie była żadnej kartki z wyjaśnieniem. Wzięłam z niego telefon. Na nim też nic. Wybrałam numer mojego chłopaka. Nie odebrał. Zadzwoniłam drugi raz. Potem trzeci. Zaczęłam się martwić. Zadzwoniłam do Leona. Chłopak odebrał po drugim sygnale.
-Hej. - Powiedziałam nieśmiało do słuchawki. - Nie wiem nawet skąd mam Twój numer. Ale czy Jayden jest w domu? - Mówiłam bez ładu i składu, jednak chłopak zrozumiał.
-Hej. Jest, śpi. - Spojrzałam na zegarek, który pokazywał 6:30.
-Dlatego nie odbiera. - Odetchnęłam z ulgą. - Nie idzie na zajęcia?
-Wiesz myślę, że nie ma na nie siły. Nie pije ludzkiej krwi, więc teraz musi zebrać siły, aby normalnie funkcjonować. - Wyjaśnił.
-Dałam mu wczoraj trochę mojej. - Szepnęłam najciszej jak się dało, tak, aby nikt z domowników nie usłyszał. A Leon przecież ma ten swój wyostrzony słuch. Kiedy zakończyłam zdanie usłyszałam jak Verdas wciąga powietrze, a za chwilę je wypuszcza.
-Co? - Powiedział jakby do siebie. - To i tak nie wystarczająco. - Mówił już do mnie. - Czym dłużej piję się krew tym silniejsza jest moc. Jay prawie nigdy nie pija krwi człowieka. Uważa to za jakiś rodzaj grzechu. Nie rozumiem o co mu chodzi.
-W takim razie za godzinę będę u was. Nie pójdę do szkoły, nie mogę zostawić go samego. - Nie wiedziałam czy mówiłam do niego czy do siebie.
-Okey. - Wydawało mi się, że usłyszałam lekką radość zmieszaną z niechęcią w jego głosie. Rozłączyłam się i poszłam do łazienki, aby wykonać poranne czynności.

Jakieś dwie godziny później siedziałam w fotelu niedaleko kominka w posiadłości Verdasów.
-Violu, przecież wiesz, że nie musiałaś przychodzić. - Uśmiechnął się do mnie Jayden siedzący na kanapie.
-Wiem. - Uśmiechnęłam się. - Ale chciałam. Dobra, a teraz. - Spojrzałam na Leona siedzącego po drugiej stronie kapy ze szklanką w ręku. - Opowiadaj, jak rozmowa?
-Wszystko załatwione. - Uśmiechnął się do nas, tym swoim ironicznym uśmiechem. - Jeżeli będziemy ostrożni i nie będziemy napadać często ludzi wszystko będzie w jak najlepszym porządku.
-Chyba jak ty przestaniesz jeść ludzi. - Odezwał się Jayden.
-Okey, okey. - Zaśmiał się starszy z braci. - Mam już swój zapas krwi w woreczkach na dole.
-Okradłeś szpital? - Zapytał mój chłopak lekko zszokowany.
-A co mam zabijać. To nie to samo co z żył ale jednak krew. - Wyjaśnił.
-Jak dla mnie dobre rozwiązanie. - Wtrąciłam się. - I ty mógłbyś z tego skorzystać. Miałbyś więcej siły.  - Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Może masz rację. - Powiedział, ale nie wyglądał na przekonanego do tej sytuacji. - A tak właściwie to jak ją przekonałeś? - Miałam wrażenie, że mój chłopak usiłuje zmienić temat. Dobra nie będę tego drążyć.
-Dałem jej wampira, zabitego. - Odpowiedział spokojnie Leon.
-Co? - Zdziwiłam się. - Skąd wziąłeś wampira?
-Znalazłam człowieka, przemieniłem i dałem go zabić, żebyśmy mieli spokój. Przynajmniej na jakiś czas to wystarczy. - Byłam zszokowana. Westchnęłam i opadłam na oparcie fotela.
-Wlej mi. - Rzuciłam i pokazałam na szklankę, którą trzymał chłopak. Wstał i zrobił to o co prosiłam. - Dziękuję, Leon. - To dla mnie za dużo, naprawdę. Zanurzyłam usta w napoju. Chłodny bourbon, mocny ale dobry.
______________________________________
Przepraszam za opóźnienie.
Nie miałam możliwości dodania rozdziału wcześniej.
Bardzo przepraszam :/
Ale mam dla was dobrą wiadomość :D
Od następnego rozdziału trochę rzeczy ulegnie zmianie :)
Co się wydarzy?
Wszystkiego dowiecie się w 10 :)

Andzi :*

piątek, 1 kwietnia 2016

Rozdział 8~"Daj mu trochę czasu."





Tańczyłam z Jaydenem, było tak cudownie. Niebo pełne gwiazd, w koło nas pełno ludzi, a ja czułam się tak, jakbyśmy byli tu sami. Patrzyliśmy na siebie nic nie mówiąc. To piękne mieć kogoś i darzyć  go uczuciem.
-Leon Cię nie wkurzał? - Jay przerwał tą wspaniałą chwilę.
-Zachowywał się nienagannie. - Odparłam. - Nawet przeprosił i wyjaśnił swoje zachowanie. Wszystko ma związek z Sophie. - Kiwnął głową na znak, że rozumie. - A kiedy powiedziałam co wiem zrobił się dziwnie milczący.
- Powiedziałaś mu? - Zapytał mój chłopak. Myślałam, że go tym zdenerwuje, ale na szczęście był bardzo spokojny.
-Tak. - Odpowiedziałam.
-No dobrze. - Uśmiechnął się do mnie. Uwielbiam ten uśmiech, chcę go widywać codziennie.
-Opowiedz co się stało. - Jego uśmiech zanikł. Violka coś Ty narobiła?
-O niej? - Pokiwałam twierdząco głową. - Nie lubię o tym mówić.
-Rozumiem. - Posłałam mu uśmiech. - Ale wiedz, że możesz. Zrzucam na Ciebie wszystkie zmartwienia. Chcę żebyś wiedział, że możesz zrobić to samo. Możesz mi mówić o wszystkim, jeżeli tylko chcesz. Ja zawszę Cię wysłucham. - Chciałam dodać mu otuchy.
-Amm.. Dziękuję Ci. - Tylko tyle? Czyli od niego nie wyciągnę raczej nic.
-Nie wiele o Tobie wiem, Jayden. Chciałabym, żebyś się bardziej otworzył. - Wyznałam.
-Violu, wiesz o mnie więcej niż ktokolwiek. - Ehh.. Jayden nie o to mi chodzi.
-Nie, nie rozumiesz. Chciałabym wiedzieć kim jest, co lubisz, jaki byłeś. Kiedy normalni ludzie się poznają właśnie takich wiadomości od siebie oczekują. - Starałam się mu to wyjaśnić. - Próbuje Cię poznać. Jesteś nieprzenikniony i to mi się podoba, ale tajemnice i sprawa z Sophie.
-Odpuść. - Lekko się zdenerwował. - Nie chce o tym mówić.
-Ale opowiedz o sobie. Żebym wiedziała coś więcej, chciałabym w końcu się dowiedzieć o Tobie rzeczy normalnych. -Wyrzuciłam z siebie.
-Twierdzisz, że nie jestem normalny? - Spojrzał na mnie.
-Dobrze wiesz, że tak nie myślę Jayden.
-Nie widzisz co robi Leon? On lubi mącić. - Chłopak próbował ratować sytuację.
-Odczep się od Leona. Tu nie chodzi o niego. Chcę poznać Ciebie, a nie Twojego brata. - Mówiłam.
-Usiłuje nas poróżnić. - Szepnął.
-Skutecznie. - Zgodziłam się z nim i odeszłam zostawiając go samego. Weszłam do domu cioci i na kanapie zauważyłam samotnie siedzącą Francesce. Przysiadłam się do niej.
-O Viola. - Uśmiechnęła się na mój widok.
-Czemu siedzisz tutaj sama? - Zapytałam ją.
-Odpoczywam i trochę myślę. Zastanawiam się też gdzie Marco. A Tobie co się stało? - Jak zwykle od razu musi zobaczyć, że coś jest nie tak.
-Stałam się wścibska. Obiecałam, że nie będę się wtrącać,a to przed chwilą zrobiłam. Jestem głupia. - Wyznałam, chyba trochę bezsensownie.
-Ej nie jesteś głupia. A nie oszukujmy się zawsze musiałaś wszystko dokładnie wiedzieć. Jesteś Violetta Castillo, królowa szkoły, nie należy się temu dziwić. Daj mu trochę czasu.
-Jesteś kochana. Zawsze mnie wspierasz. - Przytuliłam przyjaciółkę. - Kocham Cię.
-Ja Ciebie też. - Odpowiedziała i wstała. - Idę poszukać Marco. Gdzieś tu musi być.
-Pomóc Ci? - Zaproponowałam.
-Nie dam radę sama.
-Okey, jakby co to napisz. - Pokazałam jej telefon. - Ja też lecę poszukać poszukać Jaya. Hej - Powiedziałam i poszłam tam gdzie mówiłam.

Zauważyłam go stojącego obok małego jeziorka i szybko skierowałam się w jego stronę.
-Przepraszam. - Odezwałam się kiedy stanęłam obok niego. - Miałeś rację. Nie chcę wywierać na Tobie presji. Chcę żeby było między nami dobrze. Powiesz kiedy będziesz na to gotowy.
-Zaufaj mi. - Szepnął w moją stronę.
-Zaufanie się zdobywa, nie pojawia się w magiczny sposób. - Zawsze za dużo gadam. Dlaczego nie potrafię czasem zamknąć swoich ust. - Przepraszam. Powiedziałeś mi o tym kim jesteś. Ufam Ci.
-Bardzo się z tego cieszę. - Przytulił mnie. - Przepraszam. Kiedyś Ci wszystko opowiem. Obiecuję.
-Wracamy? - Zapytałam go próbując zmienić tym samym temat. Mam wrażenie, że Sophie jest dla nas takim tematem tabu. Nie wolno go poruszać. - Nie, no przecież jesteśmy jednym samochodem z ciocią i Lucasem. - Przypomniałam sobie.
-Chcesz to za chwilę możesz być w domu. - No tak jego szybkie tempo. Zaśmiałam się.
-Tak proszę. - Wziął mnie na ręce i tak jak mówił niedługo po tym byliśmy przed moim domem. - Wejdziesz? - Zapytałam go.
- Nie dzisiaj. - Uśmiechnął się. - Oboje jesteśmy zmęczeni. - Podszedł do mnie. - Śpij dobrze. W końcu jutro trzeba wstać do szkoły. - Pocałował mnie w czoło i ruszył dalej ulicą, w kierunku ich posiadłości. Jest idealny. Weszłam do domu, wykąpałam się i poszłam spać.

Obudziłam się i tego dnia nie sięgnęłam odruchowo pod poduszkę, wiedziałam, że nic tam nie znajdę. Sięgnęłam po pamiętnik oraz długopis. Siadłam na łóżku, otworzyłam zeszyt i patrzyłam się w czystą kartkę, pierwszy raz nie wiedziałam od czego mam zacząć. Zamknęłam zeszyt, odłożyłam go na szafkę, a długopis położyłam na nim, po czym wstałam z łóżka. Skierowałam się w stronę łazienki, gdzie wykonałam wszystkie poranne czynności. Ubrałam się i powoli szłam na dół. Kalkulując ostatnie wydarzenia doszłam do wniosku, że moje życie od pewnego czasu jest wywracane do góry nogami. A ja czuję, że nie mogę nic na to poradzić.
-Hej, Angie. - Zwróciłam się do cioci siedzącej przy stole. - O której wczoraj wróciliście?
- Wiesz nie pamiętam dokładnie. - Uśmiechnęła się do mnie. - A ty jak dotarłaś do domu? - Ouu i co ja jej teraz powiem?
-Głowa mnie bolała i Jay zamówił taksówkę. Odwieźli mnie do domu i zaraz poszłam spać. - Wymyśliłam na poczekaniu. Ciocia przytaknęła. Od początku tego roku szkolnego zaczęłam mniej mówić o tym co się dzieje w moim życiu. Zaczęłam nawet kłamać. Ale co innego mogę robić? Mam powiedzieć Angie, że mój chłopak jest półtorawiecznym wampirem? Że ma brata, który też jest wampirem i ostatnio nawet chciał mnie zahipnotyzować? Przemieniła ich w te istoty 500-letnia dziewczyna, którą spalono w kościele za czasów wojny? Nie no bez jaj. Przecież by mi w to nie uwierzyła, a jak by uwierzyła to wolę nie myśleć co by się działo.
- Za pamięci, nie będzie mnie na kolacji.
-Hmm.. randka? - Zapytałam ją, nie wiem kiedy ostatnio była taka szczęśliwa.
-Tak. - Odpowiedziała, a jej uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej.
-Dobrze, jadę do szkoły. - Zaśmiałam się, wzięłam torbę i wyszłam z domu. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam w stronę szkoły.

Lekcję w szkole minęły jak zwykle. Bez jakichś nadzwyczajnych sytuacji. Z Jaydenem umówiliśmy się na szesnastą w knajpie, do której rozdaje ulotki. Po szkole od razu wróciłam do domu, ogarnęłam się i ponieważ mieliśmy spotkać się na miejscu pojechałam do 'Station up'. Dziwna nazwa ale ta knajpka naprawdę jest fenomenalna.

Rozejrzałam się dookoła ale mojego chłopaka nigdzie nie było, za to spotkałam Diego. Byłam z nim kiedyś, niestety nam nie wyszło. Chociaż...może to i lepiej.
-Hej. - Podszedł do mnie i jak zwykle przywitał się buziakiem w policzek.
-Hej. Co tu robisz? - Zapytałam.
-Zabawne, przecież to mój drugi dom. - No tak, Viola jesteś tempa. - A Ty?
-Czekam na Jaydena. - Odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-Może zagramy partyjkę. - Wskazał na stół od bilarda. - Dawno razem nie graliśmy. Dam Ci fory. - Zaśmialiśmy się.
-Pewnie. - Zgodziłam się i ruszyliśmy w kierunku stołu. Lubię Diego, mimo to co między nami było jest naprawdę świetnym przyjacielem.
-Co tam u Ciebie? - Zapytał mnie.
-Jest dobrze. Naprawdę. - Spojrzał na mnie pytająco. - W końcu od długiego czasu jest naprawdę dobrze. - Uśmiechnęłam się. - A jak u Ciebie?
-No wiesz, bywało lepiej. Mama znowu wyjechała. Roxi jak to Roxi. Nie ma jej od wczoraj. Irytuje mnie ta dziewczyna. - Jego życie było dość ciężkie. Jego matka, szkoda gadać. Obchodził ją tylko własny czubek nosa, nic więcej. Siostra. jej ulubionym zajęciem było picie, prochy i dobry seks. Można było z nią czasem normalnie porozmawiać, ale większość swojego czasu spędzała imprezując. Była przeciwieństwem brata. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Lucas był w niej zabujany i to właściwie przez nią ma wszystkie problemy. Nie mogę tylko zrozumieć co on w niej widzi, naprawdę. Ale Diego on był normalny. Miał swoje gorsze dni, ale był jedną z osób, które pragnęły jakiejś stabilizacji. Był człowiekiem, który lubił być codziennie w tym samym miejscu, codziennie robić to samo. Wolał wpaść w monotonność, niż bać się, że któregoś dnia straci wszystko. Uwielbiałam go za to, zawsze kiedy potrzebowałam z nim porozmawiać mogłam po prostu iść tam, gdzie zawsze i mieć pewność, że go tam znajdę. Czasem denerwował ludzi, niekiedy nawet i mnie. Nie chciał zmian, zdaniem większości to była jego wada. Ale ja myślę, że to była zaleta. Spojrzałam na zegarek. Gdzie jest Jayden?
-Ile się spóźnia? - Spytał Diego. On umiał zawsze rozgryźć co czuję w danej chwili. Świetny z niego przyjaciel. Prawie jak Fran i Lu.
-Godzinę, ale to nie ważne. - Skłamałam, zaczynałam martwić się tym, że jeszcze się tu nie pojawił. On nigdy nie łamie słowa.
-Jak chcesz. Kiedyś się przyjaźniliśmy. - Próbował wywrzeć na mnie poczucie winy, że z nim nie rozmawiam tak często jak kiedyś.
-I nadal się przyjaźnimy Diego. - Walnęłam go lekko w plecy. - Okey. Pytanie. - Spojrzał na mnie i czekał. - Co myślisz o Jaydenie?
-Więc coś zrobił? - Odpowiedział pytaniem na pytanie,
-Nie, nic. Pytam poważnie Diego.
- Wiesz, jestem o niego zazdrosny, ale muszę z przykrością stwierdzić, że jest sympatyczny. Daj mu trochę czasu. To samotnik, musi się chyba oswoić. - Skoro Diego tak mówi, to chyba tak musi być. - Porozmawiaj z nim.
-Z kim? - Zapytał Jay stając za nami. Spojrzałam na niego. Czy słyszał o czym rozmawiamy? - Przepraszam za spóźnienie.
-Okey. - Wtrącił się Diego. - Pójdę już. Pa, pocałował mnie w policzek. Fajnie było znowu pogadać jak kiedyś. - Posłałam mu uśmiech. - Bawcie się dobrze. - Rzucił i odszedł.
-Coś się stało? - Zapytałam chłopaka.
-Byłem głodny. - Zaczęłam rozumieć. - Musiałem złapać króliczka. - Szepnął.
-Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam. - Westchnęłam. - Teraz ja jestem głodna, chodźmy coś zamówić.
-Mam dla Ciebie niespodziankę. Chodź. - Złapał mnie za rękę i zaczął prowadzić do mojego samochodu. Musiałam siedzieć na miejscu pasażera i mieć zawiązane oczy, a on prowadził. Jechaliśmy, a ja zupełnie nie wiedziałam gdzie.
____________________________________________________
Przepraszam :*
Musicie jeszcze trochę wytrzymać, do zmian jesteśmy już dużo bliżej :)
Miłego czytania i do następnego ;*

Jak wam minęły święta?
Andzi ;*

piątek, 18 marca 2016

Rozdział 7~"To prosta układanka..."


Rozdział dedykowany dla Natasha Comello, za to że komentuje każdy rozdział i daje swoje wskazówki <3 ♥
Dziękuję :) 


Kolejny tydzień szkoły. Pięć dni monotonii. Szkoła, dom, szkoła, dom i tak ciągle. Mam nadzieję, że ten rok szkolny będzie wyglądał całkiem inaczej. Zwlekłam się z łóżka i wykonałam poranne czynności. Zeszłam na dół, siadłam do stołu razem z bratem i ciocią. Jedliśmy przygotowane przez Angie śniadanie. Kiedy już kończyłam usłyszałam dzwonek do drzwi.
-Otworzę. - Powiedziałam przerywając ciszę, wstałam z miejsca i ruszyłam do drzwi. Kiedy je otworzyłam moim oczom ukazał się Jayden.
-Hej. - Rzucił. Złapałam go za kurtkę i wciągnęłam do środka. Przywitałam go pocałunkiem, który oczywiście odwzajemnił.
-Hej. - Odpowiedziałam mu od razu po oderwaniu się od niego.
-Idziemy na zajęcia? - Zapytał.
-Jasne, wezmę tylko torbę. - Oznajmiłam i ruszyłam po nią. - Może pojedziemy moim samochodem? - Zaproponowałam kiedy wróciłam z wcześniej wymienionym przedmiotem.
-Możemy. - Zgodził się.
-Lucas. - Krzyknęłam do brata. - Jedziesz z nami?
-Samochodem? - Odkrzyknął.
-Tak. - Rzuciłam.
-Okey, idę. - Odpowiedział, a po kwadransie siedzieliśmy razem w samochodzie. Może jednak ten tydzień nie będzie taki zły.

Niedługo potem byliśmy pod szkołą.
-Dzięki. - Rzucił Lucas i wyszedł z samochodu.
-Poczekaj chwilę. - Zwróciłam się do Jaydena, kiedy brat opuścił pojazd.
-Tak? - Spojrzał na mnie pytająco.
- Amm.. Chodzi o to, że w przyszłą niedzielę jest bal rodzinny, robią go dwa razy w roku, a że w tamtym nie byłam wcale pomyślałam, że może mógłbyś mi towarzyszyć. Może pomyślisz, że to nudne ale..
-Będę zaszczycony towarzyszyć pani, panno Castillo. - Przerwał mi i uśmiechnął się tak pięknie jak tylko bracia Verdas potrafią.
-Cała przyjemność po mojej stronie, panie Verdas. - Zaśmialiśmy się. Pocałował mnie w policzek i chwilę później szliśmy już do budynku szkoły.

*niedziela*
To dzisiaj, dzień przyjęcia rodzinnego. Boję się tego bardzo, będzie tam dużo moich przyjaciół oraz rodziny, a co za tym idzie? Dużo wspomnień. Chwil z rodzicami. Tak bardzo się boję, że nie dam sobie rady udawać, że pogodziłam się z ich śmiercią. W takiej chwili poradziłabym sobie tak jak to robiłam dotychczasowych, ale nie mogę. Jestem odtruta, wiem, że teraz najmniejsza dawka sprawi, że znowu będę ćpać. Mimo, że tak bardzo tego potrzebuję nie zrobię tego.

Jestem już gotowa, ostatnie poprawki i czekam na Jaydena. Dogadaliśmy się tak, że razem z Angie i Lucasem jedziemy jednym samochodem. Wszyscy zebraliśmy się na dole i czekaliśmy na mojego chłopaka. Chyba mogę go tak nazwać. Dzwonek do drzwi, Angie otwiera. Jayden jest taki przystojny w garniturze. Przywitaliśmy się wszyscy i ruszyliśmy do samochodu.

Około trzydziestu minut później byliśmy już na miejscu. Staliśmy w dość długiej kolejce do wejścia.
-Pamiętaj, poczekaj ze mną przed progiem do czasu, aż nas zaproszą. - Wyszeptał do mojego ucha Jay.
-Dobrze, pamiętam. - Posłałam mu uśmiech i zrobiliśmy tak jak mówił. Weszliśmy do budynku, momentalnie w moich oczach pojawiły się łzy. Ile tu wspomnień.
-Wszystko w porządku? - Zapytał Verdas.
-Tak po prostu.. - Urwałam.
-Wspomnienia? - Zgadł.
-Dokładnie.
-Rozumiem Cię, powiem Ci coś w sekrecie. - Uśmiechną się i zbliżył do mojego ucha. - Też już tutaj byłem. - Szepnął. To wszytko jest takie dziwne i jeszcze niezrozumiałe. Ale chyba muszę się do tego przyzwyczaić. Kiedy byliśmy w środku zauważyliśmy moich przyjaciół, z którymi stał Leon. Co on tutaj robi? No dobra, chciał mnie pocałować, okey. Ale tak naprawdę nie jest taki zły, w sumie to nawet mi się podoba. Chodzi mi o to, że jest przystojny. Ja mam przecież Jaydena. Jejku dlaczego tłumaczę się sama przed sobą. Ogarnij się Violka! Podeszliśmy do nich i przywitaliśmy się ze wszystkimi. Niedługo po tym wszyscy poszli tańczyć, Jay poszedł po szampana, a ja zostałam sama przy rzeczach należących do mojej zmarłej rodziny.
-Hej. - Usłyszałam. - Nie bądź smutna. - Powiedział mój chłopak, podając mi kieliszek. Stałam i patrzyłam na obrączki moich rodziców. Nie mogłam uwierzyć w to, że po raz pierwszy jestem tu bez nich. Wszystko jest takie same, a jednak inne. Nie ma ich ze mną. Tęsknie za nimi tak bardzo jak za nikim innym.
-Należały do..
-Tak. - Przerwałam mu, wiedziałam co chciał powiedzieć. Złapał mnie za rękę, aby dodać mi otuchy, uśmiechnęłam się i ruszyliśmy dalej oglądać pamiątki.
-Spójrz. Pierwsza księga gości. - Powiedziałam stojąc na przeciwko ponad wiecznej książki. - Spójrz na te wpisy. - Zaczęłam czytać nazwiska zapisanych, łącznie z nim i jego bratem. Jay mówił mi, że już tutaj byli, nie sądziłam, że na pierwszym takim przyjęciu.
-Pierwsi bracia Verdas. - Usłyszałam za nami głos starszego brata Jaydena, który szedł w naszą stronę wraz z Ludmiłą. Puściłam mojemu chłopakowi oczko na znak, aby nie mówił nic o tym, że znam prawdę. Uśmiechnął się. - Nasi przodkowie. - Kontynuował Leon. - Tragiczna historia.
-Tak, ale raczej dziewczyny nie chcą tego słuchać. Może ich nie zanudzajmy. - Odezwał się Jayden.
-Przestań Jay. To może być ciekawe. - Chciałam zobaczyć co wymyśli Leon. A może opowie mi historię ich śmierci, a tym samym przemienienia. Jay mówił mi, że aby stać się wampirem, trzeba umrzeć mając wampirzą krew w sobie. Chciałam dowiedzieć się jak to było z nimi, ale nie wiedząc czemu nie chciałam pytać o to Jaydena. - Chętnie posłucham tej historii. - Dokończyłam.
-Ja wolę zatańczyć. Stefan mogę Cię prosić? - Wtrąciła się blondynka.
-Nie umiem tańczyć. - Odparł mój towarzysz.
-Kłamie. Jest w tym świetny. Tańczy lepiej niż ktokolwiek tutaj. - Dodał od siebie Leon.
-Pozwolisz Violetta? - Lu zwróciła się do mnie.
-Niech Jayden zdecyduje. - Odpowiedziałam jej.
-No chodź. - Złapała go za rękę i zaprowadziła na parkiet. Biedny Jay. Ciekawe gdzie Federico. Nie chce tańczyć ze swoją dziewczyną? I dlaczego obok niej tak często widzę Leona? To jest dziwne. Zostałam sama ze starszym Verdasem.
-Przepraszam. - Odezwał się chwilę po tym jak o nim pomyślałam. - Zachowałem się jak rasowy pajac próbując Cię pocałować. - Zdziwiłam się. Przecież próbował mnie zahipnotyzować. Gdyby nie naszyjnik od Jaydena nie wiem co by było. Patrzyłam na niego nie odzywając się. - Mój terapeuta twierdzi, że próbuję ukarać brata za przeszłość. - Dobra wymówka z tym terapeutą, serio.
-Za co? - Zapytałam go.
-Szkoda gadać, powiedzmy, że na mężczyznach w mojej rodzinie ciąży klątwa  rywalizacji, która trwa od pierwszych braci Verdas. - Czyli od was? Jeszcze chwila, a wybuchnę i powiem mu, ze znam prawdę. Ale muszę jeszcze poczekać i dowiedzieć się co mi opowie. - Nasze nazwisko wiele tu znaczyło. - Nie no on sobie chyba robi jaja, żyję w tym mieście praktycznie od narodzin i dopiero dwa tygodnie temu usłyszałam o nich pierwszy raz. - Na wojnie. - Dokończył. Teraz rozumiem. Nie w mieście. Głupia ja. - Była taka bitwa.
-Wiem, uczyłam się o niej. Spalono kościół, w którym byli ludzie. - Przerwałam mu, aby trochę przyśpieszyć.
-Przemilczono fakt, że nie zrobili tego nieumyślnie. - Mówił.
-Twierdzisz, że spalono go celowo? - Zapytałam.
-Dokładnie. Spalili ich tam żywcem. - Straszne. - Jayden i Leon stracili tam kogoś bardzo drogiego. Kiedy spieszyli na ratunek zostali zastrzeleni. - Czyli to tak stali się tym, kim są?
-Kto był w tym kościele? - Ciągle go o coś pytałam. Czy to nie dziwne?
-Zapewne kobieta. Za wszystkim zawsze stoi jakaś kobieta. - Odparł. Zrobiło mi się smutno, ale musiałam dowiedzieć się prawdy, nawet jeśli znaczyłoby to ujawnienie tego, że wiem kim jest.
-Sophie? - Wydobyło się z moich ust. Patrzył na mnie bez słowa.
-To było ponad sto lat temu. - Próbował się jakoś wykręcić. - Jak to jest możliwe, że bylibyśmy tam my.
-Dobrze wiesz jak, Leon. - Szepnęłam do niego. - Powiedziałeś mi, że Sophie zginęła w pożarze. Teraz też mówisz o pożarze. To prosta układanka jeżeli wliczymy w nią to - ściszyłam głos - kim jesteście. - Zdziwił się i patrzył na mnie tymi swoimi pięknymi oczami. - Jeżeli chciałeś zepsuć mój związek ze swoim bratem historią o niej to przykro mi ale Ci się to nie uda. Żyła tyle lat temu, że jestem prawie pewna, że nic już dla niego nie znaczy. Jesteś skłócony z bratem, rozumiem, ale nie chce w tym uczestniczyć. Więc proszę nie mieszaj mnie w to. Mam nadzieję, że po tych wszystkich latach rozwiążecie ten cholerny problem. - Uśmiechnęłam się. - I jeszcze jedno, przestań w końcu kłamać i nigdy więcej nie waż się mnie znowu próbować hipnotyzować. Dziękuję. - Nie mógł uwierzyć w to co usłyszał.
-Mówisz to wszystko ze spokojem? - Zapytał w końcu.
-Tak. - Odparłam. - Czy jest w tym coś złego? - Pokiwał przecząco głową. - To świetnie. Idziemy?
-Jasne. - Rzucił i udaliśmy się w stronę Jaydena i Ludmiły. - Coś nas ominęło? - Zapytał starszy Verdas, kiedy staliśmy obok nich.
-Nie, tylko rozmawiamy. - Odpowiedział mu młodszy brat. - Napijesz się? - Zapytał Leona podsuwając w jego stronę kieliszek z szampanem.
-Nie dziękuję. - Odparł i patrzył na niego z lekką złością. Ciekawe czy chodziło mu o fakt, że znam prawdę?
-Jayden. - Zwróciłam się do mojego chłopaka przerywając niezręczną ciszę. - Zatańczysz?
-Chętnie. - Odpowiedział z uśmiechem i odstawił kieliszek na stół. Złapałam go za rękę i poszliśmy na parkiet.
-Patrz jak ślicznie razem wyglądają. - Usłyszałam głos Ludmiły.
-Zamilcz. - Odpowiedział zdenerwowany Leon. Patrzyłam na niego kątem oka, sama nie wiem dlaczego. Widziałam jak na nas patrzył, na mnie. Zaczęłam się zastanawiać o czym myśli. To dziwne. Ale za chwilę otrząsnęłam się i wróciłam na ziemię, tam gdzie byłam ja, młodszy Verdas i muzyka. Chyba się zakochałam. Jay jest idealny, mimo tego kim jest. Naprawdę czuję się przy nim bezpieczna i jestem naprawdę szczęśliwa.
______________________________
Każdy z was czeka aż coś się w końcu zmieni, mogę wam zdradzić, że już za kilka rozdziałów (bliżej niż dalej) coś się wydarzy i zmieni :) Czekajcie :)
Na razie musicie jeszcze wytrzymać :)
Tymczasem macie 7 :) miłej lektury ^^
Andzi ;*

piątek, 4 marca 2016

Rozdział 6 ~"Zgłupiałeś?"




Rozmawiałem z Ludmiłą, kiedy do salonu wszedł mój brat.
-Ej Blondi, idź zapytaj Violetty, czy mogłabyś w czymś pomóc. - Powiedział do dziewczyny.
-Zwariowałeś? Mam zmywać gary? - Zaśmiała się.
-Sprawdź czy dziewczyną trzeba pomóc. - Powiedział patrząc w jej oczy.
-Sprawdzę, czy dziewczyną trzeba pomóc. - Powiedziała z uśmiechem i poszła do kuchni.
-Dotarłeś tu, poznałeś Violettę, a teraz odjedź. - Rzuciłem w jego stronę kiedy tylko znikła za progiem.
-Nie. - Odparł. - Zostałem zaproszony, mogę tu wrócić kiedy tylko zechcę, rozumiesz? Mogę tu wrócić jutro, po jutrze, co dziennie. Mogę tu być. I zrobić z Violettą co tylko będę chciał, bo dla mnie to jest normalne. - Zaszydził ze mnie. Nie wytrzymuje z tym człowiekiem. Mam go już naprawdę dość. Chwilę później przyszły dziewczyny, nasi goście zabrali swoje rzeczy, pożegnali się, a kilka minut później byłem już sam z Violettą.
-Dzięki za ten wieczór. - Powiedziałem do dziewczyny.
-Ja też Ci dziękuję. - Posłałem jej uśmiech, który odwazajemniła.
-Dobra, na mnie też już chyba czas. - Odezwałem się po jakimś czasie.
-Nie musisz..
-Muszę. - Przerwałem jej. - Dobranoc Violu. Pocałowałem ją w policzek, wziąłem moją skórzaną kurtkę i wyszedłem z domu dziewczyny.  Mimo obecności mojego brata, ten wieczór był naprawdę udany.  Zakochuję się w niej z dnia na dzień coraz bardziej.


*****

Obudziłam się rano i jak zwykle chciałam sięgnąć pod poduszkę ale kiedy nic tam nie znalazłam przypomniało mi się, że dostałam nową szansę. To jest jak nowe życie, bez ćpania, bez smutku, łez. Mogę zacząć w końcu cieszyć się życiem. Z Jaydenem też się układa, mimo faktu, że jest kim jest, wiem że jestem z nim bezpieczna. Wstałam z łóżka i poszłam wziąć prysznic. Cieszyłam się każdym szczegółem życia jak dziecko. Wyszłam z pod prysznica, po czym wróciłam do pokoju i stanęłam przed lustrem. Moje podkrążone oczy były podkrążone mniej niż zazwyczaj. Moja twarz nie była tą samą twarzą ćpunki sprzed kilku dni. Spojrzałam na siebie, jestem piękna. Tylko te ślady na ręce, chciałabym, żeby nigdy ich tam nie było. Ale są i każdego dnia będą przypominać mi o tym kim byłam, co robiłam i w jakie gówno się wpiepszyłam.
Ubrałam się i zadzwoniłam do Francescy. Zapytałam jej czy ma ochotę na zakupy, ale niestety dzisiaj nie mogła. Kiedy skończyłam rozmowę z włoszką, wybrałam numer do Ludmiły. Jednak i tu usłyszałam odmowę. Musiałam kupić sobie kilka nowych rzeczy, tak dawno nie byłam na zakupach, zdesperowana zadzwoniłam do Jaydena.
-Słucham? - Odebrał po dwóch sygnałach.
-Cześć, co robisz?- Zapytałam bez zastanowienia.
-A coś się stało? - Odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Chciałam iść na zakupy nie miałbyś ochoty iść ze mną? Wiem, to głupie ale dziewczyny są zajęte.
-Jasne, za chwilę będę u Ciebie. - Zaśmiał się.
-No tak to twoje wampirze tempo. - Również się zaśmiałam.
-Do zobaczenia. - Rzucił i się rozłączył.

Od dobrych trzech godzin chodzimy po sklepach, mam już tyle torb z ubraniami, że Jayden musi mi je pomóc nosić. Dostałam od niego przepiękny łańcuszek, powiedział mi, że trzymał go bardzo długo, dla specjalnej osoby. Powiedział mi też że jest w nim specjalna roślina, dzięki której żaden wampir nie będzie mógł mnie zahipnotyzować. Tak, zahipnotyzować. Niedawno się o tym dowiedziałam. Zastanawiam się czy Sofie też go nosiła. Ehh to głupie. Czemu ciągle jakaś część mnie o niej myśli. Od czasu odtrucia wszystkie uczucia odczuwam silniej, czasem zbyt mocno. Są dni kiedy mam wielką ochotę do tego wrócić. Jeyden załatwił mi odwyk. Ale czy tam pójdę? Nie wiem. Zacznę tam ćpać, wiem o tym. Powiedzieli mu, że będą trzymać dla mnie miejsce. Nie mam pojęcia co zrobić.
-Idziemy siąść do tej kawiarni? Nogi mi odpadają. - Zwróciłam się do mojego towarzysza. Robi się ciemno, niedługo trzeba wracać do domu.
-Jasne, chodź. - Weszliśmy do środka i zajęliśmy wolny stolik przy oknie. Chwilę po tym przyszedł do nas kelner i zamówiliśmy sobie po jednej kawie z mlekiem. Jay ciągle patrzył w jeden punkt za oknem.
-Co ty tam widzisz? - Zaśmiałam się do niego.
-Mam wrażenie, że o czymś zapomniałem. - Spojrzał na mnie.
-Hmm.. Czego mógłbyś zapomnieć? - Zapytałam go.
-Nie mam pojęcia. - Zaśmiał się razem ze mną. Siedzieliśmy i patrzyliśmy na siebie w ciszy. Przeszkodził nam w tym tylko kelner z naszym zamówieniem. Wtedy powiedzieliśmy ciche 'dziękuję' i dalej patrzyliśmy na siebie. Jest taki przystojny. - Już wiem. - Odezwał się kończąc swój napój. - Mleko. - Zaśmiałam się.
-Dobrze to idź do supermarketu, ja dopiję kawę i będę na Ciebie czekać przed kawiarnią. - Zaproponowałam.
-Na pewno? - Skinęłam na znak potwierdzenia. - Dobrze, w takim razie do zobaczenia.
-Leć. - Zaśmiałam się. Jeyden wstał, położył pięniądze za nasze zamówienie na stolik i wyszedł, a ja patrzyłam na jego sylwetkę oddalającą się z każdą chwilą coraz bardziej, niedługo po tym znikł za budynkami. Dokończyłam swoją kawę, podziękowałam i wyszła przed kawiarnię. Zapadł już zmrok, a ja czekałam na Jaya już około dziesięciu minut.
-Cześć. - Usłyszałam za sobą, na co się szybko odwróciłam.
-O hej Leon. - Uśmiechnęłam się trochę niepewnie. - Co tu robisz?
-Ja - zaśmiał się.- Ukrywam się przed taką jedną.
-Dlaczego? - Zapytałam śmiejąc się.
-Nie daje mi spokoju. Muszę odsapnąć. Już nie mogę jej słuchać, ciągle mówi i mówi. Czasem nawet nie wiem o co jej chodzi. - Wyznał.
-Tak, chyba rozumiem. - Odparłam. - Może to znak? - Zaśmiał się.
-Jest bardzo młoda. - Spojrzałam pytająco na niego. - Znaczy no, niewiele młodsza ode mnie. - Ciekawe czy on wie o tym, że znam jego tajemnicę? - Jakoś nie widzę perspektyw. Doprowadzałaby mnie ciągle do szału.
-Nie znam jej, więc nie mogę tego oceniać. - Byłam lekko zakłopotana.
-Jasne, rozumiem. Chyba zaczynam również gadać tak dużo jak ona. Widzę że wprawiłem Cię w zakłopotanie. Przepraszam. Nie chciałem. - Pokiwałam na to głową. Gdzie jest Jeyden?
-Dobrze. - Odpowiedziałam, spojrzałam w jego piękne oczy. I znowu poczułam to dziwne uczucie, które mówi mi, że widziałam jej już wcześniej. To dla mnie niezrozumiałe.
-Tak. - Również patrzył w moje oczy. - Mam inne intencje, ty też. Widzę to, w Twoich oczach. Pragniesz mnie.
-Przepraszam, co? - Pogubiłam się. Ten człowiek umie szybko zmieniać temat. O co mu chodzi?
-Działam na Ciebie. Pociągam Cię. Myślisz o mnie nawet kiedy nie chcesz. Pewnie Ci się śniłem. - Ejej, skąd on to wie? To było raz, a ten sen był dziwny, przerażający. - A teraz. - Patrzył mi głebiej w oczy, tak jakby wzrokiem potrafił przeszyć mnie na wylot i odczytać każdą moją myśl. - Chcesz mnie pocałować. - Czy on mnie właśnie próbował zahipnotyzować? Zbliżał się do moich ust. Serio? Naprawdę chce mnie pocałować. Co za idiota. Nie mogę w to uwierzyć. Walnęłam go w policzek z otwartej ręki. Przecież spotykam się z jego bratem. Palant.
-Zgłupiałeś? Nigdy więcej nie próbuj na mnie tych sztuczek. Nie wiem co sobie myślałeś i nie wiem w co się bawisz, ale nie będę brać w tym udziału. Cokolwiek zdarzyło się w przeszłości zrozum jedno. Nie jestem Sophie. - Powiedziałam, po czym wyminęłam go i poszłam w stronę, z której po chwili zaczął wyłaniać się Jayden. Dziękuję, w końcu. Chce już wracać do domu.


*****

Kiedy już razem z Violettą wracałem do domu opowiadała mi co wydarzyło się między nią i Leonem. Nie mogę nadal w to uwierzyć. W co on gra? Z każdą chwilą coraz bardziej boję się o Violę. Dobrze, że dałem jej ten naszyjnik z werbeną. Będzie ją chronił oczywiście muszę wymyślić coś lepszego. A najlepiej pozbyć się mojego brata z Los Angeles. Ale czy to wykonalne?
Odprowadziłem dziewczynę pod drzwi, pożegnałem się z nią, przekazałam wszystkie torby i ruszyłem w dalszą drogę do domu. Ciągle zastanawiając się nad tym co mogę zrobić z bratem, wszedłem do budynku.
-Cześć braciszku. - Przywitał mnie Leon kiedy tylko przekroczyłem próg. Jak zwykle siedział przy kominku i pił swój ukochany bourbon. Wszedłem do salonu i bez słowa nalałem sobie alkoholu do szklanki. - Niezła sztuczka z Violettą. - Usiadłem w fotelu. - Niech zgadnę. Werbena w wisiorku. - Brawo. Nawet jesteś mądry. - Byłem zaskoczony. Dawno nikt mi się nie oparł. - Pokiwałem zadowolony głową. - Skąd ją miałeś?
-To ważne? - Odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Irytuje mnie ten człowiek.
-Nie, wcale. - Rzucił z ironią. Dopiłem wisky, wstałem i odstawiłem pustą szklankę na stolik z różnymi trunkami. Ruszyłem powoli w stronę wyjścia z tego pomieszczenia. - Trudno, uwiodę ją w staromodny sposób. Albo od razu zjem. - Zatrzymałem się. Wiem, że powiedział to specjalnie, ale przesadził.
-Nie. - Odwróciłem się. - Nie zrobisz jej krzywdy. Dlaczego? Bo w głębi serca jej współczujesz. Przypomnij sobie jak ją uratowałeś. Patrzyłeś na nią inaczej. Martwiłem się, że nie pozostało w tobie ani krzty człowieczeństwa. Że stałeś się potworem, którego udajesz. Ale wtedy zobaczyłem w Tobie uczucia, zobaczyłem starego Leona. Tego, którym byłeś przed...tym. - Pokazałem ręką na niego.
-Nie udaję. - Odpowiedział szybko.
-To mnie zabij. - Rzuciłem pewnie.
-Kuszące. - Uśmiechnął się.
-Nie, mogłeś, a jednak istnieję, żyję. Ty też. Wciąż mnie prześladujesz. Po ponad 140 latach. Sophie nie ma, uciekła, zostawiła Cię. Nienawidzisz mnie bo ją kochałeś i dręczysz mnie, bo nadal ją kochasz. A to bracie są uczucia, człowieczeństwo.
-Człowieczeństwo? - Zadrwił. - Daj mi dzień, a obiecuję, że wybiję pół tego miasta.
-I po co to robisz? - Zapytałem. - Chcesz mi udowodnić, że w stu procentach wyłączyłeś uczucia? Czy może jednak chcesz przekonać samego siebie. Leon daj sobie spokój z udawaniem i zacznij w końcu, żyć tak jak wszyscy.
-Oj Jeyden. - Zaczął.
-Skończyłem. - Przerwałem mu.- Dobranoc. - Odwróciłem się i poszedłem do swojego pokoju. Może chociaż trochę przemówiłem mu do tej tępej głowy.
____________________________________________________________
Nie wiem czy podoba wam się to co piszę :/
Mam wrażenie że sporo was nie czyta bo myśli że wszystko potoczy się tak jak w serialu. Ale mogę zapewnić was, że tak wyglądają tylko pierwsze rozdziały. Później zmienię całą historię, wywrócę to wszystko do góry nogami :)
Chciałabym wiedzieć że w ogóle ktoś to czyta. :)
Wystarczy mi zwykła kropka w komentarzu, a będę wiedziała że tu jesteś :)
Dziękuję  <3
Miłej lektury :)
żegnam się z wami na dzień dzisiejszy ^^ Do zobaczenia za dwa tygodnie :)
Dobranoc xD
Pa ;*
Andzi xx ;*