piątek, 18 marca 2016

Rozdział 7~"To prosta układanka..."


Rozdział dedykowany dla Natasha Comello, za to że komentuje każdy rozdział i daje swoje wskazówki <3 ♥
Dziękuję :) 


Kolejny tydzień szkoły. Pięć dni monotonii. Szkoła, dom, szkoła, dom i tak ciągle. Mam nadzieję, że ten rok szkolny będzie wyglądał całkiem inaczej. Zwlekłam się z łóżka i wykonałam poranne czynności. Zeszłam na dół, siadłam do stołu razem z bratem i ciocią. Jedliśmy przygotowane przez Angie śniadanie. Kiedy już kończyłam usłyszałam dzwonek do drzwi.
-Otworzę. - Powiedziałam przerywając ciszę, wstałam z miejsca i ruszyłam do drzwi. Kiedy je otworzyłam moim oczom ukazał się Jayden.
-Hej. - Rzucił. Złapałam go za kurtkę i wciągnęłam do środka. Przywitałam go pocałunkiem, który oczywiście odwzajemnił.
-Hej. - Odpowiedziałam mu od razu po oderwaniu się od niego.
-Idziemy na zajęcia? - Zapytał.
-Jasne, wezmę tylko torbę. - Oznajmiłam i ruszyłam po nią. - Może pojedziemy moim samochodem? - Zaproponowałam kiedy wróciłam z wcześniej wymienionym przedmiotem.
-Możemy. - Zgodził się.
-Lucas. - Krzyknęłam do brata. - Jedziesz z nami?
-Samochodem? - Odkrzyknął.
-Tak. - Rzuciłam.
-Okey, idę. - Odpowiedział, a po kwadransie siedzieliśmy razem w samochodzie. Może jednak ten tydzień nie będzie taki zły.

Niedługo potem byliśmy pod szkołą.
-Dzięki. - Rzucił Lucas i wyszedł z samochodu.
-Poczekaj chwilę. - Zwróciłam się do Jaydena, kiedy brat opuścił pojazd.
-Tak? - Spojrzał na mnie pytająco.
- Amm.. Chodzi o to, że w przyszłą niedzielę jest bal rodzinny, robią go dwa razy w roku, a że w tamtym nie byłam wcale pomyślałam, że może mógłbyś mi towarzyszyć. Może pomyślisz, że to nudne ale..
-Będę zaszczycony towarzyszyć pani, panno Castillo. - Przerwał mi i uśmiechnął się tak pięknie jak tylko bracia Verdas potrafią.
-Cała przyjemność po mojej stronie, panie Verdas. - Zaśmialiśmy się. Pocałował mnie w policzek i chwilę później szliśmy już do budynku szkoły.

*niedziela*
To dzisiaj, dzień przyjęcia rodzinnego. Boję się tego bardzo, będzie tam dużo moich przyjaciół oraz rodziny, a co za tym idzie? Dużo wspomnień. Chwil z rodzicami. Tak bardzo się boję, że nie dam sobie rady udawać, że pogodziłam się z ich śmiercią. W takiej chwili poradziłabym sobie tak jak to robiłam dotychczasowych, ale nie mogę. Jestem odtruta, wiem, że teraz najmniejsza dawka sprawi, że znowu będę ćpać. Mimo, że tak bardzo tego potrzebuję nie zrobię tego.

Jestem już gotowa, ostatnie poprawki i czekam na Jaydena. Dogadaliśmy się tak, że razem z Angie i Lucasem jedziemy jednym samochodem. Wszyscy zebraliśmy się na dole i czekaliśmy na mojego chłopaka. Chyba mogę go tak nazwać. Dzwonek do drzwi, Angie otwiera. Jayden jest taki przystojny w garniturze. Przywitaliśmy się wszyscy i ruszyliśmy do samochodu.

Około trzydziestu minut później byliśmy już na miejscu. Staliśmy w dość długiej kolejce do wejścia.
-Pamiętaj, poczekaj ze mną przed progiem do czasu, aż nas zaproszą. - Wyszeptał do mojego ucha Jay.
-Dobrze, pamiętam. - Posłałam mu uśmiech i zrobiliśmy tak jak mówił. Weszliśmy do budynku, momentalnie w moich oczach pojawiły się łzy. Ile tu wspomnień.
-Wszystko w porządku? - Zapytał Verdas.
-Tak po prostu.. - Urwałam.
-Wspomnienia? - Zgadł.
-Dokładnie.
-Rozumiem Cię, powiem Ci coś w sekrecie. - Uśmiechną się i zbliżył do mojego ucha. - Też już tutaj byłem. - Szepnął. To wszytko jest takie dziwne i jeszcze niezrozumiałe. Ale chyba muszę się do tego przyzwyczaić. Kiedy byliśmy w środku zauważyliśmy moich przyjaciół, z którymi stał Leon. Co on tutaj robi? No dobra, chciał mnie pocałować, okey. Ale tak naprawdę nie jest taki zły, w sumie to nawet mi się podoba. Chodzi mi o to, że jest przystojny. Ja mam przecież Jaydena. Jejku dlaczego tłumaczę się sama przed sobą. Ogarnij się Violka! Podeszliśmy do nich i przywitaliśmy się ze wszystkimi. Niedługo po tym wszyscy poszli tańczyć, Jay poszedł po szampana, a ja zostałam sama przy rzeczach należących do mojej zmarłej rodziny.
-Hej. - Usłyszałam. - Nie bądź smutna. - Powiedział mój chłopak, podając mi kieliszek. Stałam i patrzyłam na obrączki moich rodziców. Nie mogłam uwierzyć w to, że po raz pierwszy jestem tu bez nich. Wszystko jest takie same, a jednak inne. Nie ma ich ze mną. Tęsknie za nimi tak bardzo jak za nikim innym.
-Należały do..
-Tak. - Przerwałam mu, wiedziałam co chciał powiedzieć. Złapał mnie za rękę, aby dodać mi otuchy, uśmiechnęłam się i ruszyliśmy dalej oglądać pamiątki.
-Spójrz. Pierwsza księga gości. - Powiedziałam stojąc na przeciwko ponad wiecznej książki. - Spójrz na te wpisy. - Zaczęłam czytać nazwiska zapisanych, łącznie z nim i jego bratem. Jay mówił mi, że już tutaj byli, nie sądziłam, że na pierwszym takim przyjęciu.
-Pierwsi bracia Verdas. - Usłyszałam za nami głos starszego brata Jaydena, który szedł w naszą stronę wraz z Ludmiłą. Puściłam mojemu chłopakowi oczko na znak, aby nie mówił nic o tym, że znam prawdę. Uśmiechnął się. - Nasi przodkowie. - Kontynuował Leon. - Tragiczna historia.
-Tak, ale raczej dziewczyny nie chcą tego słuchać. Może ich nie zanudzajmy. - Odezwał się Jayden.
-Przestań Jay. To może być ciekawe. - Chciałam zobaczyć co wymyśli Leon. A może opowie mi historię ich śmierci, a tym samym przemienienia. Jay mówił mi, że aby stać się wampirem, trzeba umrzeć mając wampirzą krew w sobie. Chciałam dowiedzieć się jak to było z nimi, ale nie wiedząc czemu nie chciałam pytać o to Jaydena. - Chętnie posłucham tej historii. - Dokończyłam.
-Ja wolę zatańczyć. Stefan mogę Cię prosić? - Wtrąciła się blondynka.
-Nie umiem tańczyć. - Odparł mój towarzysz.
-Kłamie. Jest w tym świetny. Tańczy lepiej niż ktokolwiek tutaj. - Dodał od siebie Leon.
-Pozwolisz Violetta? - Lu zwróciła się do mnie.
-Niech Jayden zdecyduje. - Odpowiedziałam jej.
-No chodź. - Złapała go za rękę i zaprowadziła na parkiet. Biedny Jay. Ciekawe gdzie Federico. Nie chce tańczyć ze swoją dziewczyną? I dlaczego obok niej tak często widzę Leona? To jest dziwne. Zostałam sama ze starszym Verdasem.
-Przepraszam. - Odezwał się chwilę po tym jak o nim pomyślałam. - Zachowałem się jak rasowy pajac próbując Cię pocałować. - Zdziwiłam się. Przecież próbował mnie zahipnotyzować. Gdyby nie naszyjnik od Jaydena nie wiem co by było. Patrzyłam na niego nie odzywając się. - Mój terapeuta twierdzi, że próbuję ukarać brata za przeszłość. - Dobra wymówka z tym terapeutą, serio.
-Za co? - Zapytałam go.
-Szkoda gadać, powiedzmy, że na mężczyznach w mojej rodzinie ciąży klątwa  rywalizacji, która trwa od pierwszych braci Verdas. - Czyli od was? Jeszcze chwila, a wybuchnę i powiem mu, ze znam prawdę. Ale muszę jeszcze poczekać i dowiedzieć się co mi opowie. - Nasze nazwisko wiele tu znaczyło. - Nie no on sobie chyba robi jaja, żyję w tym mieście praktycznie od narodzin i dopiero dwa tygodnie temu usłyszałam o nich pierwszy raz. - Na wojnie. - Dokończył. Teraz rozumiem. Nie w mieście. Głupia ja. - Była taka bitwa.
-Wiem, uczyłam się o niej. Spalono kościół, w którym byli ludzie. - Przerwałam mu, aby trochę przyśpieszyć.
-Przemilczono fakt, że nie zrobili tego nieumyślnie. - Mówił.
-Twierdzisz, że spalono go celowo? - Zapytałam.
-Dokładnie. Spalili ich tam żywcem. - Straszne. - Jayden i Leon stracili tam kogoś bardzo drogiego. Kiedy spieszyli na ratunek zostali zastrzeleni. - Czyli to tak stali się tym, kim są?
-Kto był w tym kościele? - Ciągle go o coś pytałam. Czy to nie dziwne?
-Zapewne kobieta. Za wszystkim zawsze stoi jakaś kobieta. - Odparł. Zrobiło mi się smutno, ale musiałam dowiedzieć się prawdy, nawet jeśli znaczyłoby to ujawnienie tego, że wiem kim jest.
-Sophie? - Wydobyło się z moich ust. Patrzył na mnie bez słowa.
-To było ponad sto lat temu. - Próbował się jakoś wykręcić. - Jak to jest możliwe, że bylibyśmy tam my.
-Dobrze wiesz jak, Leon. - Szepnęłam do niego. - Powiedziałeś mi, że Sophie zginęła w pożarze. Teraz też mówisz o pożarze. To prosta układanka jeżeli wliczymy w nią to - ściszyłam głos - kim jesteście. - Zdziwił się i patrzył na mnie tymi swoimi pięknymi oczami. - Jeżeli chciałeś zepsuć mój związek ze swoim bratem historią o niej to przykro mi ale Ci się to nie uda. Żyła tyle lat temu, że jestem prawie pewna, że nic już dla niego nie znaczy. Jesteś skłócony z bratem, rozumiem, ale nie chce w tym uczestniczyć. Więc proszę nie mieszaj mnie w to. Mam nadzieję, że po tych wszystkich latach rozwiążecie ten cholerny problem. - Uśmiechnęłam się. - I jeszcze jedno, przestań w końcu kłamać i nigdy więcej nie waż się mnie znowu próbować hipnotyzować. Dziękuję. - Nie mógł uwierzyć w to co usłyszał.
-Mówisz to wszystko ze spokojem? - Zapytał w końcu.
-Tak. - Odparłam. - Czy jest w tym coś złego? - Pokiwał przecząco głową. - To świetnie. Idziemy?
-Jasne. - Rzucił i udaliśmy się w stronę Jaydena i Ludmiły. - Coś nas ominęło? - Zapytał starszy Verdas, kiedy staliśmy obok nich.
-Nie, tylko rozmawiamy. - Odpowiedział mu młodszy brat. - Napijesz się? - Zapytał Leona podsuwając w jego stronę kieliszek z szampanem.
-Nie dziękuję. - Odparł i patrzył na niego z lekką złością. Ciekawe czy chodziło mu o fakt, że znam prawdę?
-Jayden. - Zwróciłam się do mojego chłopaka przerywając niezręczną ciszę. - Zatańczysz?
-Chętnie. - Odpowiedział z uśmiechem i odstawił kieliszek na stół. Złapałam go za rękę i poszliśmy na parkiet.
-Patrz jak ślicznie razem wyglądają. - Usłyszałam głos Ludmiły.
-Zamilcz. - Odpowiedział zdenerwowany Leon. Patrzyłam na niego kątem oka, sama nie wiem dlaczego. Widziałam jak na nas patrzył, na mnie. Zaczęłam się zastanawiać o czym myśli. To dziwne. Ale za chwilę otrząsnęłam się i wróciłam na ziemię, tam gdzie byłam ja, młodszy Verdas i muzyka. Chyba się zakochałam. Jay jest idealny, mimo tego kim jest. Naprawdę czuję się przy nim bezpieczna i jestem naprawdę szczęśliwa.
______________________________
Każdy z was czeka aż coś się w końcu zmieni, mogę wam zdradzić, że już za kilka rozdziałów (bliżej niż dalej) coś się wydarzy i zmieni :) Czekajcie :)
Na razie musicie jeszcze wytrzymać :)
Tymczasem macie 7 :) miłej lektury ^^
Andzi ;*

piątek, 4 marca 2016

Rozdział 6 ~"Zgłupiałeś?"




Rozmawiałem z Ludmiłą, kiedy do salonu wszedł mój brat.
-Ej Blondi, idź zapytaj Violetty, czy mogłabyś w czymś pomóc. - Powiedział do dziewczyny.
-Zwariowałeś? Mam zmywać gary? - Zaśmiała się.
-Sprawdź czy dziewczyną trzeba pomóc. - Powiedział patrząc w jej oczy.
-Sprawdzę, czy dziewczyną trzeba pomóc. - Powiedziała z uśmiechem i poszła do kuchni.
-Dotarłeś tu, poznałeś Violettę, a teraz odjedź. - Rzuciłem w jego stronę kiedy tylko znikła za progiem.
-Nie. - Odparł. - Zostałem zaproszony, mogę tu wrócić kiedy tylko zechcę, rozumiesz? Mogę tu wrócić jutro, po jutrze, co dziennie. Mogę tu być. I zrobić z Violettą co tylko będę chciał, bo dla mnie to jest normalne. - Zaszydził ze mnie. Nie wytrzymuje z tym człowiekiem. Mam go już naprawdę dość. Chwilę później przyszły dziewczyny, nasi goście zabrali swoje rzeczy, pożegnali się, a kilka minut później byłem już sam z Violettą.
-Dzięki za ten wieczór. - Powiedziałem do dziewczyny.
-Ja też Ci dziękuję. - Posłałem jej uśmiech, który odwazajemniła.
-Dobra, na mnie też już chyba czas. - Odezwałem się po jakimś czasie.
-Nie musisz..
-Muszę. - Przerwałem jej. - Dobranoc Violu. Pocałowałem ją w policzek, wziąłem moją skórzaną kurtkę i wyszedłem z domu dziewczyny.  Mimo obecności mojego brata, ten wieczór był naprawdę udany.  Zakochuję się w niej z dnia na dzień coraz bardziej.


*****

Obudziłam się rano i jak zwykle chciałam sięgnąć pod poduszkę ale kiedy nic tam nie znalazłam przypomniało mi się, że dostałam nową szansę. To jest jak nowe życie, bez ćpania, bez smutku, łez. Mogę zacząć w końcu cieszyć się życiem. Z Jaydenem też się układa, mimo faktu, że jest kim jest, wiem że jestem z nim bezpieczna. Wstałam z łóżka i poszłam wziąć prysznic. Cieszyłam się każdym szczegółem życia jak dziecko. Wyszłam z pod prysznica, po czym wróciłam do pokoju i stanęłam przed lustrem. Moje podkrążone oczy były podkrążone mniej niż zazwyczaj. Moja twarz nie była tą samą twarzą ćpunki sprzed kilku dni. Spojrzałam na siebie, jestem piękna. Tylko te ślady na ręce, chciałabym, żeby nigdy ich tam nie było. Ale są i każdego dnia będą przypominać mi o tym kim byłam, co robiłam i w jakie gówno się wpiepszyłam.
Ubrałam się i zadzwoniłam do Francescy. Zapytałam jej czy ma ochotę na zakupy, ale niestety dzisiaj nie mogła. Kiedy skończyłam rozmowę z włoszką, wybrałam numer do Ludmiły. Jednak i tu usłyszałam odmowę. Musiałam kupić sobie kilka nowych rzeczy, tak dawno nie byłam na zakupach, zdesperowana zadzwoniłam do Jaydena.
-Słucham? - Odebrał po dwóch sygnałach.
-Cześć, co robisz?- Zapytałam bez zastanowienia.
-A coś się stało? - Odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Chciałam iść na zakupy nie miałbyś ochoty iść ze mną? Wiem, to głupie ale dziewczyny są zajęte.
-Jasne, za chwilę będę u Ciebie. - Zaśmiał się.
-No tak to twoje wampirze tempo. - Również się zaśmiałam.
-Do zobaczenia. - Rzucił i się rozłączył.

Od dobrych trzech godzin chodzimy po sklepach, mam już tyle torb z ubraniami, że Jayden musi mi je pomóc nosić. Dostałam od niego przepiękny łańcuszek, powiedział mi, że trzymał go bardzo długo, dla specjalnej osoby. Powiedział mi też że jest w nim specjalna roślina, dzięki której żaden wampir nie będzie mógł mnie zahipnotyzować. Tak, zahipnotyzować. Niedawno się o tym dowiedziałam. Zastanawiam się czy Sofie też go nosiła. Ehh to głupie. Czemu ciągle jakaś część mnie o niej myśli. Od czasu odtrucia wszystkie uczucia odczuwam silniej, czasem zbyt mocno. Są dni kiedy mam wielką ochotę do tego wrócić. Jeyden załatwił mi odwyk. Ale czy tam pójdę? Nie wiem. Zacznę tam ćpać, wiem o tym. Powiedzieli mu, że będą trzymać dla mnie miejsce. Nie mam pojęcia co zrobić.
-Idziemy siąść do tej kawiarni? Nogi mi odpadają. - Zwróciłam się do mojego towarzysza. Robi się ciemno, niedługo trzeba wracać do domu.
-Jasne, chodź. - Weszliśmy do środka i zajęliśmy wolny stolik przy oknie. Chwilę po tym przyszedł do nas kelner i zamówiliśmy sobie po jednej kawie z mlekiem. Jay ciągle patrzył w jeden punkt za oknem.
-Co ty tam widzisz? - Zaśmiałam się do niego.
-Mam wrażenie, że o czymś zapomniałem. - Spojrzał na mnie.
-Hmm.. Czego mógłbyś zapomnieć? - Zapytałam go.
-Nie mam pojęcia. - Zaśmiał się razem ze mną. Siedzieliśmy i patrzyliśmy na siebie w ciszy. Przeszkodził nam w tym tylko kelner z naszym zamówieniem. Wtedy powiedzieliśmy ciche 'dziękuję' i dalej patrzyliśmy na siebie. Jest taki przystojny. - Już wiem. - Odezwał się kończąc swój napój. - Mleko. - Zaśmiałam się.
-Dobrze to idź do supermarketu, ja dopiję kawę i będę na Ciebie czekać przed kawiarnią. - Zaproponowałam.
-Na pewno? - Skinęłam na znak potwierdzenia. - Dobrze, w takim razie do zobaczenia.
-Leć. - Zaśmiałam się. Jeyden wstał, położył pięniądze za nasze zamówienie na stolik i wyszedł, a ja patrzyłam na jego sylwetkę oddalającą się z każdą chwilą coraz bardziej, niedługo po tym znikł za budynkami. Dokończyłam swoją kawę, podziękowałam i wyszła przed kawiarnię. Zapadł już zmrok, a ja czekałam na Jaya już około dziesięciu minut.
-Cześć. - Usłyszałam za sobą, na co się szybko odwróciłam.
-O hej Leon. - Uśmiechnęłam się trochę niepewnie. - Co tu robisz?
-Ja - zaśmiał się.- Ukrywam się przed taką jedną.
-Dlaczego? - Zapytałam śmiejąc się.
-Nie daje mi spokoju. Muszę odsapnąć. Już nie mogę jej słuchać, ciągle mówi i mówi. Czasem nawet nie wiem o co jej chodzi. - Wyznał.
-Tak, chyba rozumiem. - Odparłam. - Może to znak? - Zaśmiał się.
-Jest bardzo młoda. - Spojrzałam pytająco na niego. - Znaczy no, niewiele młodsza ode mnie. - Ciekawe czy on wie o tym, że znam jego tajemnicę? - Jakoś nie widzę perspektyw. Doprowadzałaby mnie ciągle do szału.
-Nie znam jej, więc nie mogę tego oceniać. - Byłam lekko zakłopotana.
-Jasne, rozumiem. Chyba zaczynam również gadać tak dużo jak ona. Widzę że wprawiłem Cię w zakłopotanie. Przepraszam. Nie chciałem. - Pokiwałam na to głową. Gdzie jest Jeyden?
-Dobrze. - Odpowiedziałam, spojrzałam w jego piękne oczy. I znowu poczułam to dziwne uczucie, które mówi mi, że widziałam jej już wcześniej. To dla mnie niezrozumiałe.
-Tak. - Również patrzył w moje oczy. - Mam inne intencje, ty też. Widzę to, w Twoich oczach. Pragniesz mnie.
-Przepraszam, co? - Pogubiłam się. Ten człowiek umie szybko zmieniać temat. O co mu chodzi?
-Działam na Ciebie. Pociągam Cię. Myślisz o mnie nawet kiedy nie chcesz. Pewnie Ci się śniłem. - Ejej, skąd on to wie? To było raz, a ten sen był dziwny, przerażający. - A teraz. - Patrzył mi głebiej w oczy, tak jakby wzrokiem potrafił przeszyć mnie na wylot i odczytać każdą moją myśl. - Chcesz mnie pocałować. - Czy on mnie właśnie próbował zahipnotyzować? Zbliżał się do moich ust. Serio? Naprawdę chce mnie pocałować. Co za idiota. Nie mogę w to uwierzyć. Walnęłam go w policzek z otwartej ręki. Przecież spotykam się z jego bratem. Palant.
-Zgłupiałeś? Nigdy więcej nie próbuj na mnie tych sztuczek. Nie wiem co sobie myślałeś i nie wiem w co się bawisz, ale nie będę brać w tym udziału. Cokolwiek zdarzyło się w przeszłości zrozum jedno. Nie jestem Sophie. - Powiedziałam, po czym wyminęłam go i poszłam w stronę, z której po chwili zaczął wyłaniać się Jayden. Dziękuję, w końcu. Chce już wracać do domu.


*****

Kiedy już razem z Violettą wracałem do domu opowiadała mi co wydarzyło się między nią i Leonem. Nie mogę nadal w to uwierzyć. W co on gra? Z każdą chwilą coraz bardziej boję się o Violę. Dobrze, że dałem jej ten naszyjnik z werbeną. Będzie ją chronił oczywiście muszę wymyślić coś lepszego. A najlepiej pozbyć się mojego brata z Los Angeles. Ale czy to wykonalne?
Odprowadziłem dziewczynę pod drzwi, pożegnałem się z nią, przekazałam wszystkie torby i ruszyłem w dalszą drogę do domu. Ciągle zastanawiając się nad tym co mogę zrobić z bratem, wszedłem do budynku.
-Cześć braciszku. - Przywitał mnie Leon kiedy tylko przekroczyłem próg. Jak zwykle siedział przy kominku i pił swój ukochany bourbon. Wszedłem do salonu i bez słowa nalałem sobie alkoholu do szklanki. - Niezła sztuczka z Violettą. - Usiadłem w fotelu. - Niech zgadnę. Werbena w wisiorku. - Brawo. Nawet jesteś mądry. - Byłem zaskoczony. Dawno nikt mi się nie oparł. - Pokiwałem zadowolony głową. - Skąd ją miałeś?
-To ważne? - Odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Irytuje mnie ten człowiek.
-Nie, wcale. - Rzucił z ironią. Dopiłem wisky, wstałem i odstawiłem pustą szklankę na stolik z różnymi trunkami. Ruszyłem powoli w stronę wyjścia z tego pomieszczenia. - Trudno, uwiodę ją w staromodny sposób. Albo od razu zjem. - Zatrzymałem się. Wiem, że powiedział to specjalnie, ale przesadził.
-Nie. - Odwróciłem się. - Nie zrobisz jej krzywdy. Dlaczego? Bo w głębi serca jej współczujesz. Przypomnij sobie jak ją uratowałeś. Patrzyłeś na nią inaczej. Martwiłem się, że nie pozostało w tobie ani krzty człowieczeństwa. Że stałeś się potworem, którego udajesz. Ale wtedy zobaczyłem w Tobie uczucia, zobaczyłem starego Leona. Tego, którym byłeś przed...tym. - Pokazałem ręką na niego.
-Nie udaję. - Odpowiedział szybko.
-To mnie zabij. - Rzuciłem pewnie.
-Kuszące. - Uśmiechnął się.
-Nie, mogłeś, a jednak istnieję, żyję. Ty też. Wciąż mnie prześladujesz. Po ponad 140 latach. Sophie nie ma, uciekła, zostawiła Cię. Nienawidzisz mnie bo ją kochałeś i dręczysz mnie, bo nadal ją kochasz. A to bracie są uczucia, człowieczeństwo.
-Człowieczeństwo? - Zadrwił. - Daj mi dzień, a obiecuję, że wybiję pół tego miasta.
-I po co to robisz? - Zapytałem. - Chcesz mi udowodnić, że w stu procentach wyłączyłeś uczucia? Czy może jednak chcesz przekonać samego siebie. Leon daj sobie spokój z udawaniem i zacznij w końcu, żyć tak jak wszyscy.
-Oj Jeyden. - Zaczął.
-Skończyłem. - Przerwałem mu.- Dobranoc. - Odwróciłem się i poszedłem do swojego pokoju. Może chociaż trochę przemówiłem mu do tej tępej głowy.
____________________________________________________________
Nie wiem czy podoba wam się to co piszę :/
Mam wrażenie że sporo was nie czyta bo myśli że wszystko potoczy się tak jak w serialu. Ale mogę zapewnić was, że tak wyglądają tylko pierwsze rozdziały. Później zmienię całą historię, wywrócę to wszystko do góry nogami :)
Chciałabym wiedzieć że w ogóle ktoś to czyta. :)
Wystarczy mi zwykła kropka w komentarzu, a będę wiedziała że tu jesteś :)
Dziękuję  <3
Miłej lektury :)
żegnam się z wami na dzień dzisiejszy ^^ Do zobaczenia za dwa tygodnie :)
Dobranoc xD
Pa ;*
Andzi xx ;*

piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 5 ~ „Mój organizm potrzebuje tego gówna.”




Niedługo po tym byłam już w domu, siadłam na łóżku i jak najszybciej sięgnęłam po strzykawkę. Nie patrzyłam jaką ma zawartość. Bez zastanowienia wbiłam ją w żyłę i szybkim ruchem opróżniłam ją do swojego organizmu. Włożyłam pustą strzykawkę pod poduszkę.
-Violetta. – Usłyszałam jego głos, chciałam uciekać ale zatrzymał ręką drzwi. Wstrzymałam powietrze. – Nigdy bym Cię nie skrzywdził. – Powiedział. – Ze mną jesteś bezpieczna.
-A ataki zwierząt? – Zapytałam, po czym się odwróciłam.
-Sprawki Leona. – Wiedziałam, że mówi szczerze. Nie wiem jak i dlaczego ale to wiedziałam. – Jestem wampirem, ale nie piję ludzkiej krwi, on tak. Wszystko Ci wytłumaczę, tylko proszę nie mów nic nikomu.
-Jak możesz o to prosić? – Zapytałam go.
-Zrozum Violu ta wiedza jest groźna. – Mówił. – Możesz mnie znienawidzić, ale proszę żebyś mi zaufała.
-Odejdź. – Wyszeptałam. Zaczynałam czuć działanie morfiny, za bardzo, za dużo. – Proszę idź. – Musiałam coś wymyślić, aby mnie zostawił w tym momencie. – Jeżeli chcesz mnie chronić to odejdź. – Miałam łzy w oczach, nie chciałam tego naprawdę. Zaczęłam się do niego przywiązywać.
-Nigdy tego nie chciałem. – Widziałam w jego oczach ból. – Nigdy nie chciałem Cię skrzywdzić Violetto. – Odwrócił się i zrobił krok do tyłu, a ja zaczynałam tracić świadomość, organizm dostał za mało bądź za dużo ćpania, teraz już sama nie wiem. W co ja się wjebałam? Osunęłam się po drzwiach. – Co się dzieje? – Odwrócił się i chwilę później był przy mnie.
-Muszę na łóżko. – Tak bardzo nie chciałam, żeby o tym wiedział. Posadził mnie na wcześniej wymieniony przedmiot, z pod poduszki wyjęłam strzykawkę a z pod łóżka morfinę. Przyglądał mi się uważnie. Napełniłam strzykawkę i podałam sobie zawartość.
-Co ty robisz?! – Krzyknął, a dalej film mi się urwał.

Sobota, w końcu. Obudziłam się przed południem, uwielbiam spać. Spałabym dłużej ale nie mogłam, mój organizm domagał się morfiny. Sięgnęłam po strzykawkę z zamkniętymi oczami, poczułam jak ktoś łapie mnie za rękę. Otworzyłam oczy, co on tutaj robi? Pytałam siebie w myślach, ale dopiero po chwili przypomniałam sobie o wczorajszych wydarzeniach.
-Przepraszam za wczoraj. – Odezwałam się pierwsza, byłam trochę speszona. Wiedział, że ćpam, widział to wczoraj.
-Ja też. – Odparł. – Tego szukasz? – Zapytał pokazując mi strzykawkę. – Patrzyłam na niego zmieszana. – Ćpasz? – Nie odpowiedziałam. – Musisz coś z tym zrobić, nie możesz się w ten sposób wykańczać. Potrzebujesz odwyku.
-Nie. – Rzuciłam.
-Tak i nawet Ci go załatwiłem. – Odparł.
-Co? – Nie mogłam w to uwierzyć.
-Nie pozwolę, żeby to gówno Cię niszczyło. Zależy mi na Tobie. – Zależy mu na mnie? Nie mogę w to uwierzyć.
-Naprawdę? – Zapytałam go słabym głosem. Mój organizm naprawdę potrzebował tego w tej chwili. Chyba wczoraj przedobrzyłam, a teraz potrzebuję tego gówna więcej i więcej.
-Tak. – Odpowiedział. Uśmiechnęłam się, a moje oczy zaczęły się zamykać. – Co się dzieję? – Zapytał.
-Mój organizm potrzebuje tego gówna. – Wyszeptałam. Wziął mnie na ręce, a po chwili staliśmy przed szpitalem.
-Za chwilę wszystko będzie w porządku. – Szepnął, po czym pocałował mnie w czoło i wszedł do budynku.

W szpitalu zrobili mi odtrucie, byłam czysta. To dziwne uczucie. Nie pamiętałam go. Właśnie przypominam sobie jak to jest kiedy nie mam w sobie majki. Kiedy nie ciągnie mnie ona do następnej dawki. Jeżeli będę silna wyjdę ze ćpania i wszystko będzie tak jak kiedyś. Tylko jak ja mam do tego nie wrócić? Przecież to się stało częścią mojego życia. Za kilka godzin będę mogła stąd wyjść. Jayden siedzi przy mnie. Jest zły.
-Dlaczego? – Zapytał mnie.
-Nie rozumiem. – Odparłam zgodnie z prawdą.
-Dlaczego nie powiedziałaś mi, że ćpasz? Nie wyglądałaś na taką, naprawdę. – Był chyba załamany.
-Przepraszam. – Szepnęłam.
-Patrzę na Ciebie teraz i nie wiem. Nie wiem co powiedzieć. Boli mnie to, tylko nie wiem dlaczego tak naprawdę. Znam Cię kilka dni, czuję jakbym znał Cię całe moje życie. -Wyznał.
-Chodź. – Siadłam i przytuliłam go do siebie. – Mi też na Tobie zależy.
-Mogę Cię o coś zapytać? – Odezwał się po chwili Jayden.
-Tak? – Oderwałam się od niego.
-Skąd wiedziałaś o tym.. – Urwał, rozejrzał się dookoła. – O tym czym jestem? – Zapytał niemal niesłyszalnie.
-Emm.. Francesca. – Odparłam.
-Czyli jest prawdziwą czarownicą z Salen? – Zapytał mnie.
-Co? – Byłam zdezorientowana. – Czyli to co mówiła Shanon to prawda?
-Mówiła wam o tym już wcześniej, tak?
-Tak, ale braliśmy to sobie zawsze na żarty. – Wyznałam. – Nigdy nie przypuszczałam, że jakieś nadnaturalne istoty żyją wśród nas.
-Ty jesteś jedną z nich. – Wybełkotał.
-Słucham? – Co? Nie rozumiem, jak to?
-Jesteś jednym z sobowtórów. – Patrzyłam na niego zdziwiona. – Kiedyś Ci wytłumaczę. Mam pomysł.
-Jaki? - On to potrafi zmienić temat.
-Zróbmy dzisiaj kolację, powiemy Fran o tym wszystkim. Wiem, że to byłoby dla Ciebie trudnym mieć sekret przed najlepszą przyjaciółką. – Jest taki kochany.
-Czytasz w myślach? – Zapytałam szczęśliwa.
-Naoglądałaś się za dużo Sagi Zmierzch. – Zaśmialiśmy się. Uwielbiam go, naprawdę.

Wieczorem szykowaliśmy u mnie kolację razem z Jaydenem i bawiliśmy się przy tym wspaniale. Zaprosiliśmy Fran oraz Ludmi. Blondynka ma przyjść na późniejszą godzinę, uznaliśmy, że o wszystkim powiemy jej nieco później.
Kiedy już wszystko było przygotowane usłyszeliśmy dzwonek do drzwi, spojrzałam na zegarek, punktualnie. Jak nigdy. Razem z Jayem poszliśmy otworzyć.
Czekając na Ludmiłę powiedzieliśmy o wszystkim Fran. Na początku była zdezorientowana, ale wszystko dobrze zrozumiała. Zostało jeszcze o wszystkim powiedzieć Lu, ale z tym jeszcze trochę poczekamy. Niedługo po naszej rozmowie przyszła blondynka i zasiedliśmy razem do kolacji. Kiedy skończyliśmy jeść, zadzwonił dzwonek do drzwi. Zdziwiona poszłam otworzyć, przecież nikogo się nie spodziewałam. Otworzyłam drzwi, w których ujrzałam Leona.
-Hej. - Uśmiechnęłam się, nie rozumiejąc sytuacji.
-Hej Leon, chodź. - Pojawiła się przy mnie Ludmi. - Kiedy tu szłam spotkałam brata Jaydena. Pomyślałam, że należałoby się z nim lepiej zapoznać, mam nadzieję, że nie jesteś zła. W końcu to brat twojego Romeo. Dlaczego stoisz przed domem? Wejdź. - Mówiła blondyna. Jak zwykle buzia jej się nie zamykała.
-Wolałbym, aby właścicielka tego pięknego domu mnie zaprosiła, nie chciałbym się napraszać. - Odezwał się w końcu zielonooki chłopak.
-Wejdź. - Powiedziałam, Jayden mówił mi, że wampir może wejść do danego domu tylko po zaproszeniu przez właściciela. Czy to dobry pomysł zapraszać go? Przecież jest krwiopijczym wampirem.
-Dziękuję. - Odparł i wolno przełożył nogę przez próg, dostawił drugą i rozejrzał się.
-Tam, prosto, do jadalni. - Nakierowałam go i poszłam za nim oraz moją przyjaciółką do reszty. - Patrzcie kto wpadł. - Rzekłam stając obok krzesła Jaya, spojrzałam na niego znacząco, chociaż sama nie wiedziałam o co mi chodzi.
-Leon, co tu robisz? - Zapytał Jayden z uśmiechem.
-Tak wpadłem, Barbie mnie zaprosiła. - Spojrzał na Ludmiłę. Barbie? Okey. Nie wiedziałam jak się zachować.
-Jesteś głodny? - Zapytałam Leona.
-Nie dziękuję, niedawno jadłem. - Odpowiedział.
-Dobrze, może w takim razie chodźmy do salonu, włączymy jakiś film, zrobię popcorn. Co wy na to? -Zaproponowałam, a każdy się ze mną zgodził. Wszyscy ruszyli do pokoju, a chłopaki zostali.
-Po co tutaj przyszedłeś? - Zapytał Leona Jay.
-Tak sobie, z nudów. - Uśmiechnął się starszy z braci.
-Tak sobie, z nudów, to mogłeś iść do baru i poznać nową laskę. - Zdenerwował się młodszy Verdas.
-Ej chłopaki spokojnie, okey? - Wtrąciłam się. - Idźcie do reszty. Chociaż, Jayden, mógłbyś mi pomóc?
-Okey. - Leon poszedł do salonu.
-O co chodzi? - Szepnęłam do Jaya.
-Nie wiem, jak tu jest to lekko boję się, że coś się stanie. - Wyznał.
-Wszystko będzie okey, niedługo i tak wszyscy pójdą. - Próbowałam go pocieszyć.
-Ale zrozum, zaprosiłaś go, teraz może w każdej chwili wejść do tego domu, rozumiesz? - No tak, zapomniałam. Ale zielonooki nie wydaje się wcale taki zły. Chciałabym poznać go bliżej. Westchnęłam, wzięłam popcorn i razem poszliśmy do reszty.
Kiedy skończył się film rozmawialiśmy w salonie, o wszystkim i o niczym, ogólnie była fajna i luźna atmosfera. Nawinął się temat o wypadku moich rodziców, śmierci rodziców Verdasów oraz Sophie. W sumie dobrze nam się razem rozmawiało. Leon nie jest taki zły.
-Dobra idę zmywać naczynia. - Odezwałam się i wstałam.
-Może Ci pomogę? - Zapytał Jayden.
-Nie spokojnie, jest tego mało. Dam radę. - Powiedziałam i poszłam do kuchni, a po kilku minutach pojawił się w kuchni Leon.
-Jeszcze jedna. - Pokazał mi szklankę.
-O dzięki. - Odparłam, podał mi ją ale wypadła z mojej ręki. Jednak on szybko ją złapał, wiedziałam już o co w tym chodzi, wampirze tempo. Zastanawiam się czy starszy Verdas zdaje sobie sprawę z tego, że wiem czym jest. - Brawo. - Zaśmiałam się. Postanowiłam go zmylić i wzięłam od niego przedmiot.
-Lubię cię. - Wyznał chłopak. - Jesteś wesoła. Przy Tobie Jayden znów się uśmiecha. - O co mu chodzi? Zowu będzie mówił o Sophie? Może ja zacznę, może czegoś się o niej dowiem.
-Wcześniej mówiłeś mi o.. - Udałam, że zapomniałam już o niej. - Sophie. - Dokończyłam na co on przytaknął dając mi do zrozumienia, abym mówiła dalej. -Jak umarła?
-W pożarze. - Oznajmił.
-Kiedy? - Zapytałam. Wiem, ze Jay przeżył już półtora wieku, zastanawiam się kiedy Sophie żyła, ale od Leona raczej się tego nie dowiem.
-Mam wrażenie jakby to było wczoraj. - Wyznał, na co ja westchnęłam.
-Jaka była? - Musiałam zapytać, nie wytrzymałam.
-Piękna, podobna do Ciebie. - Mówił. - A czasem skomplikowana, samolubna, nie miła ale seksowna i uwodzicielska.
-Który z was spotykał się z nią pierwszy? - Zapytałam bez zastanowienia, na co on się zaśmiał.
-Domyśliłaś się. - Jest taki przystojny. - Spytaj Jaydena, jego odpowiedź będzie się różnić od mojej. - Nie odpowiedziałam. - Dobra idę do reszty, nie chce przeszkadzać. - Ruszył w stronę salonu.
-Przykro mi. - Wypaliłam, zatrzymał się i odwrócił. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. - Z powodu Sophie. Ty też ją straciłeś. - Patrzyliśmy na siebie nie odzywając się. Po chwili do kuchni weszła Francesca.
-Pomóc? - Przerwała niezręczną ciszę.
-Jasne. - Opowiedział Leon, a ja przytaknęłam. - Idę do Jaya i Ludmiły. - Rzucił chłopak i wyszedł, a my z Fran zajęłyśmy się sprzątaniem

_______________________________________________________
I oto już 5 :)
Nie wiem dlaczego nie komentujecie, ale trudno.
Ja was do tego zmuszać nie mogę :)
Życzę wszystkim miłego czytania ;*

Andzi xx ;*

niedziela, 7 lutego 2016

Rozdział 4 ~„ Wzeszło słońce i wróciła rzeczywistość.”




Nie poszłam do szkoły, dlaczego? Nie mam pojęcia, chyba za dużo zaćpałam wczoraj. Powiedziałam Angie, że się źle czuję. Do południa leżałam w łóżku, później wykąpałam się, zjadłam małe śniadanie i wyszłam do Francescy.
Razem z przyjaciółką chodziłyśmy po parku i jak co piątek rozdawałyśmy ulotki do knajpy, dostawałyśmy za to jakieś pieniądze. Oczywiście nie było ich zbyt wiele, robiłyśmy to tylko trzy razy w tygodniu, ale zawsze miałyśmy jakieś swoje oszczędności. Właściwie nie wiem po co to robiłyśmy, chyba z nudów. Nasze rodziny są okropnie bogate, ale taka praca jest dla nas idealna, lekka, spędzamy razem czas i chodzimy sobie w tą i z powrotem.
-Nie zadzwonił? – Zapytała Fran bo krótkiej chwili ciszy. Opowiedziałam jej historię z wczorajszego wieczoru. Nadal nie wiem co mam myśleć o tym wszystkim.
-Nie zadzwonił, nie napisał. Nie odezwał się od wczoraj. – Odpowiedziałam lekko załamana.
-Widzisz? – Moja towarzyszka się zatrzymała.
-Co? – Zdziwiłam się i odwróciłam się do niej.
-Stoi tam. – Szepnęła. Odwróciłam się i zobaczyłam Jaydena po drugiej stronie trawnika oddzielającego od siebie chodniki. – Idź do niego.
-Jesteś pewna? – Zapytałam, na co ona kiwnęła głową. Dobra, raz kozie śmierć, trzeba sobie coś wytłumaczyć. Ruszyłam w jego stronę, posłał mi uśmiech i zaczął iść w moją.
-Hej. – Powiedziałam nieśmiało kiedy spotkaliśmy się w połowie drogi.
-Hej. – Powtórzył po mnie. – Przepraszam za wczoraj. Nie byłem sobą. – Odezwał się po chwili.
-Często przepraszasz. – Zaśmiał się.
-Przepraszam, że na Ciebie wtedy wpadłem. – Teraz i ja się zaśmiałam.
-Właśnie. – Posłał mi uśmiech.
–Chcę żebyś wiedziała, że nie byłem na Ciebie zły, bardziej na Leona. – Wyznał.
-Jayden Verdas? – Zapytał mężczyzna w podeszłym wieku podchodząc do nas. – Ja Cię znam, nic się nie postarzałeś. – Nie odrywał od niego wzroku, a ja stałam i patrzyłam na nich jak na coś do tej pory mi nie znanego.
-Musiał mnie pan z kimś pomylić. – Chłopak odpowiedział starcowi.
-To nie możliwe, pamiętam Cię, w latach 60. byliśmy przyjaciółmi, nigdy nie zapomniałbym tej twarzy. – Spojrzał na mnie speszony i jeszcze raz na Jaydena. – Porozmawiamy później, miło Cię widzieć. – Odszedł.
-O co tu chodzi? – Zapytałam nie rozumiejąc.
-Jest stary, możliwe, że coś sobie po prostu uroił. – Przytaknęłam. – Wróćmy do rozmowy.
-Tak, masz rację. Dlaczego go nie poznałam lepiej? – Zapytałam chłopaka.
-Leona? Nasze relacje są zbyt skomplikowane.
-Jak w rodzeństwie, wiem jak to jest mieć brata. – Nie odpowiedział, wciągnęłam głośno powietrze. –Powiedział mi o twojej byłej. – Zrobiłam przerwę. – Sophie.
-Co mówił? – Zapytał po krótkiej chwili.
-Że złamała Ci serce. – Patrzył na mnie ale ja starałam się uniknąć jego wzroku.
-To było długi czas temu. – Próbował się wytłumaczyć.
-Strata pozostaje w człowieku na zawsze, ból jedynie się zaciera. – Nie chciałam na niego patrzeć. Złapał mnie za rękę.
-Hej. – Szepnął. – Spójrz na mnie.
-W porządku, rozumiem. Nawet nie wiesz jak bardzo. Trudny brat – znam. Skomplikowana była – też znam. Myślę, że w takiej sytuacji nie da się rozważać nas. Mam to samo, naprawdę. Trudno, poznaliśmy się, pogadaliśmy. Znamy się krótko, ale było pięknie. Teraz wzeszło słońce i wróciła rzeczywistość. – Patrzyliśmy na siebie przez pewien czas, nikt się nie odezwał. – Więc.. – Spojrzałam na niego, posłałam mu trochę zawiedziony uśmiech i odeszłam. Wróciłam do przyjaciółki siedzącej na ławce.
-I? – Odezwała się kiedy stanęłam przed nią.
-I nic. – Rzuciłam. – Chodź rozdać to wszystko i lecimy do domu. – O nic więcej nie pytała i za to ją uwielbiałam. Zrobiłyśmy tak jak mówiłam, a po trzech godzinach byłam już w domu.

Zrobiłam sobie kanapkę i siedząc przy stole ciągle zastanawiałam się nad tym dzisiejszym mężczyzną, który do nas podszedł. Nie wierzę w życie wieczne, ale to jest bardzo skomplikowane. Wizja Francescy, a dodatkowo jeszcze ten starzec. Nie wiem co o tym myśleć, czym on może być, chciałam z nim o tym przecież porozmawiać, ale nie było mi dane. A teraz już chyba z nim nie porozmawiam w ogóle, przecież dałam sobie spokój z tym wszystkim. Tylko dlaczego? Prawda jest taka, że chce tego cholernie. Zjadłam kanapkę i zaczęłam wchodzić po schodach na górę. Jakoś zachciało mi się jeść. Może jeszcze nie jestem wpiepszona całkiem w to ćpanie.
Kiedy szłam do swojego królestwa zobaczyłam kogoś w pokoju mojego brata szperającego w biurku.
-Lucas? – Zapytałam.
-Nie, ja. – Odezwała się moja ciocia.
-Co robisz? – Zdziwiłam się.
-Zmieniam się w monstrum. – Powiedziała, wyglądała na złą. – Pogwałcam prywatność piętnastolatka. – Trochę się zdziwiłam. Przeszła przez pokój i zatrzymała się przy jego butach, dokładniej glanach. Wyjęła bongo, w którym pali się marihuanę. Czy mój brat też się już wpiepszył? – Mam. Od lat te same kryjówki. Kiedy byłam w jego wieku też się tak robiło. – Wyznała.
-Jak do tego doszło? – Nie mogłam zrozumieć. Niby każdy wszystko wie w tym mieście, to dlaczego ja dowiaduje się o tym, że mój brat ćpa praktycznie na końcu?
-Byłam dzisiaj na wywiadówce u Lucasa. Jego wychowawca lekko mnie zgnębił. Powiedział mi o nim trochę i zarzucił mi, że nie umiem się nim zająć. Rozumiesz? – Naprawdę była zła.
-Dallas? To do niego podobne. – Westchnęłam. Nikt nie lubił nauczyciela geografii.
-Wiedziałam, że nie dam rady. – Powiedziała wyjmując kolejny dziwny przedmiot z jego szuflady.
-Nie. Przestań. Dobrze Ci idzie ciociu, naprawdę. – Próbowałam ją trochę uspokoić.
-Nie Violu, fatalnie. – Nie dawała za wygraną. – Dlaczego? Bo nie jestem nią. Nie jestem waszą matką. Dla niej wszystko było prostsze, nauka, studia, praca, a co najważniejsze rodzina, małżeństwo, wy. – Patrzyłam na nią w ciszy. – Ja tak nie umiem. Wszystko tak łatwo jej przychodziło, nie dlatego, że miała szczęście. Dlatego, że we wszystkim dawała sobie radę sama, bez niczyjej pomocy. To wszystko było dla niej, uwielbiała rozwiązywać problemy i była idealną matką. Nie daje rady wam jej zastąpić Violetto. Staram się, ale ciągle coś mi nie wychodzi. Popełniam kolejne błędy, a z nim jest coraz gorzej. Przeze mnie, nie potrafię mu pomóc. – W tej chwili pomyślałam o sobie, przecież ze mną jest jeszcze gorzej, wciągnęłam się w majkę. W narkotyki twarde, ciężkie. Ale przecież to nie jest jej wina, po prostu nie mogłam sobie poradzić, z tym, że straciłam ich, rodziców. – Nie dam rady, to jest niemożliwe, żeby mi się udało.
-Angie, przemawia przez Ciebie strach. Ty się po prostu boisz, tak samo jak my wszyscy. – Mówiłam do niej. – Damy sobie radę, jak zawsze. – Pomyślałam o Jaydenie, ja się boje związku z nim. Jeżeli nie spróbujemy wszyscy, jeżeli nie damy sobie szansy, będziemy cierpieć. – Przepraszam, ale muszę wyjść. – Pokiwała głową. – A ty przestaniesz się gryźć? – Przytknęła. Wyszłam z domu, wsiadłam do mojego samochodu a po chwili już byłam w drodze.

Kwadrans później stałam przed drzwiami posiadłości Verdasów. Zadzwonić czy nie? Jezu przecież po to tu przyszłam. Nacisnęłam dzwonek do drzwi, chwilę później otworzyły się, a w nich stanął Jayden. Nie mogłam wydusić z siebie słowa.
-Wejdź. – Na szczęście odezwał się pierwszy.
-Ładne gwiazdy widać. – Powiedziałam i wróciłam na werandę. Przyszedł za mną. – Przepraszam za najście i za te dzisiejsze głupie teksty.
-Dobrze, że jesteś. Szukałem Cię. Głupio wyszło. – Patrzył na mnie tymi swoimi cudownymi oczami.
-Wróciłam do domu i miałam zrobić to co zawsze. Zamknąć się w pokoju i pisać w pamiętniku, ale kiedy go otworzyłam zdałam sobie z sprawę, że to co chciałam napisać powinnam powiedzieć. – Wyznałam.
-Co chciałaś napisać? – Zapytał.
-Na przykład.. – Westchnęłam. – Kochany pamiętniku. Wmawiałam sobie, że można się poddać. Nie ryzykować. Pozostawić wszystko bez zmian myśląc, że to jeszcze nie czas na nie. Ale zrozumiałam, że usiłuję uciec od prawdy, a ona jest taka, że się po prostu boję. Jeśli dam sobie prawo do chociaż chwilowego szczęścia, to cały świat runie, dlatego później je od siebie odpycham.
-Wiesz co ja chciałem napisać? – Przytaknęłam dając mu znak, aby mówił. – Poznałem dziewczynę. Gadaliśmy, było wspaniale, a potem wzeszło słońce i wróciła rzeczywistość. To jest rzeczywistość, tutaj. – Patrzyliśmy na siebie i po chwili zaczął się do mnie zbliżać. Był coraz bliżej, aż w końcu nasze usta się zetknęły. Pocałował mnie, a ja oczywiście to odwzajemniłam. Ten facet jest naprawdę idealny. -Chcę żeby było między nami dobrze. – Powiedział kiedy się od siebie oderwaliśmy.
-Ja też. – Odparłam zgodnie z prawdę. – Przepraszam, że psuję tą chwilę. Ale przyszłam wczoraj do Ciebie, żeby porozmawiać.
-W takim razie słucham? – Patrzył na mnie z ogromnym zainteresowaniem.
-Chciałam zadać Ci dość dziwne pytanie. – Lekko się speszyłam.
-Mów Violetto. – Dodawał mi otuchy.
-Jayden.. - Urwałam. - Czym Ty jesteś? – Zdziwił się. Patrzył na mnie i nie drgnął. – Czym jesteś? – Czekałam jak idiotka aż w końcu odpowie.
-Wiesz. – Oznajmił po dłuższej chwili.
-Nie, nie wiem. – Powiedziałam.
-Tak, wiesz. – Czyli co? Moje myśli jednak się sprawdziły? – Inaczej by Cię tu nie było. – Pokręciłam szybko głową.
-Niemożliwe. Nie. – Zaczęłam się bać. Zrobił krok w moją stronę, na co ja zdenerwowana zrobiłam krok w tył.
-Wszystko co wiesz i w co wierzysz zmieni się. Jesteś na to gotowa? – Nie wiem już o co tu chodzi, nie odpowiedział na moje pytanie, a tak bardzo chce usłyszeć to z jego ust.
-Czym jesteś? – Ponowiłam pytanie. Zacisnął usta w cienką linię.
-Jestem wampirem. – W końcu to usłyszałam, nie, nie, nie.. Głowa mi już od tego wszystkiego pęka. Co dalej? Mam zostać czy odejść? Patrzyłam na niego, był tym samym chłopakiem, którego poznałam we wtorek, a jednak zupełnie kimś innym. Jezu..
-Nie potrzebnie przyszłam. – Wydukałam i zaczęłam iść w tył.
-Zaczekaj. – Powiedział.
-Nie. – Zaczęłam biec do auta ale w mgnieniu oka Jay pojawił się przede mną.
-Jak Ty? Jak Ty to zrobiłeś? – Byłam zdziwiona i chyba coraz bardziej przerażona.
-Nie bój się Violetto. – Chciałam już być w domu, spać otulona w ramionach majki. – Są sprawy, o których musisz się dowiedzieć, które muszę Ci wyjaśnić, musisz je poznać i zrozumieć. – Mówił do mnie. Nie chciałam już nic wiedzieć, nie dzisiaj, na tą chwilę już mam tych informacji za dużo. Ominęłam go, wsiadłam do mojego samochodu i odjechałam.

_______________________________________________________________
No to jest czwórka.
Jak widzicie dzieję się coś złego.
Co wydarzy się dalej?
Jayden odpuści? Czy jednak ją zatrzyma?
A może Leon zainterweniuje, żeby tylko świat się nie dowiedział?
Co z Jeydenem i Violettą? Jak ich losy potoczą się dalej?
Kiedy w końcu między Leonem, a Violettą pojawi się chemia?
A może już się coś pojawiło kiedy rozmawiali?
Wszystkiego dowiedziecie się w kolejnych rozdziałach.

Pytanie do wszystkich. BARDZO WAŻNE.
Czy odpowiada wam wątek z wampirami?
Czy wolelibyście normalne opowiadanie o normalnych ludziach?
Na te pytania proszę odpowiedzieć w komentarzach. Byłabym bardzo wdzięczna.


Do zobaczenia w następny piątek.
Dziękuję, że to czytacie.
Milutkiej niedzieli :)
Andzi xx :*